Kloszard jest na moście
Link :: kategoria:
obs :: 09.05.2008, 15:01:25
Prowizorka okazuje się najtrwalsza.
Prawo Murphy'ego
Rzecz działa się w poprzedniej pracy. Wymiataliśmy z kolegą. Dział należał do nas. A potem dołożyli nam koleżankę. Sympatyczną poniekąd. Z dość pełnymi kształtami. Musiałem się pilnować dość, jak na nią patrzyłem. Do tego wszystko ją bardzo śmieszyło. Odgrywa to pewną rolę sprawczą w tej historii. Koleżanka wdrażała się powoli. Nie było jednak pośpiechu. Sezon jeszcze nie hulał, jak szalony wieprz. A potem przyszły zmiany. Zabrali mi kolegę. Dali kobietę na wychowawczym. Przede wszystkim niespodziewanie dla siebie zostałem nieformalnym szefem działu. Takim zaklasyfikowaniem siebie dokonałem rekompensaty braku podwyżki w tej sytuacji. Na pewno byłem osobą, do której wszyscy zwracali się z pytaniami. Myślę więc, że należało mi się chociaż tyle.
W tym to właśnie ferworze doszło do zabawnej sytuacji. Tempo pracy było wysokie. Jednym z moich - jako więcej wiedzącego - zadań było odblokowywanie zamówień. Kiedy klient przekraczał limit, system blokował go. Informacja szła do wsparcia sprzedaży. Tam wszystko liczyło pięć kobiet. Niekoniecznie wszystkie na raz. Nazywałem je czarownicami. Siedziały tam jak na sabacie. W kręgu. I odprawiały do dziś tajemne rytuały nad księgowymi papierami. Po jakimś czasie dostawaliśmy odpowiedź pt. "Puszczać". Czasem nie. Z taką podkładką było się gościem. Można było odblokowywać.
Nowa koleżanka dostawszy taką wiadomość mówiła do mnie dość długie zdanie: "Czy mógłbyś mi odblokować taką a taką firmę, ponieważ...". I tak dalej. W ferworze pracy niewielkie znaczenie miała dla mnie informacja, jaka to firma. Za którymś razem z rzędu powiedziałem:
- Wyślij mi tylko numer tego zamówienia i powód. Jak odblokuję, to powiem - tu nastąpiła chwila namysłu na wymyślenie najbardziej absurdalnego zdania, jakie może mi przyjść do głowy w tak krótkim czasie - to powiem: "Kloszard jest na moście".
Nowa koleżanka zaśmiała się. Śmiała się z tego nawet kilka tygodni później. Zaczęła mówić to jako hasło wywoławcze. Często nie widziałem, że mi wysłała coś komunikatorem. Więc wywoływała mnie kloszardem. Ja po chwili kloszardem odpowiadałem. Jednorazowy żart okazał się trwałym rozwiązaniem.
Całe teoretyczne wyjaśnienie skuteczności tej metody komunikacji skonstruowałem znacznie później. Koleją losu studiuję informatykę. Wciąż. Na pierwszym roku mieliśmy przedmiot o wdzięcznej oraz niewiele mówiącej nazwie teoretyczne podstawy informatyki. Na praktyczne się nigdy nie doczekałem. Szczęściem jednak, nie wstrzymywałem oddechu. Obyło się więc bez reanimacji. Przedmiot nawet był interesujący. Tam właśnie usłyszałem o redundancji. Redundancja to inaczej nadmiarowość. Czy wręcz dosłownie. W teorii informacji nadmiarowość oznacza, że w danym języku jest więcej form niż faktycznie potrzeba. Może to brzmieć cokolwiek abstrakcyjnie, posłużę się więc przykładem.
Kiedy widzimy słowo: "Krkaów" domyślamy się, że chodzi o "Kraków". Właśnie dlatego, że jest więcej słów niż potrzebujemy. Nie wszystkie kombinacje liter tworzą sensowne słowa. Fachowo mówiąc: znajdujące się w słowniku danego języka. Na początku wykorzystywano to do korygowania błędów. Każdy plik ma swoją sumę kontrolną, którą się dopisuje w nadmiarowej części. System wylicza swoją i porównuje z tą w pliku. Jak się nie zgadza, to najczęściej coś nie tak jest. Może być, oczywiście, błąd samej sumy. No bo niby dlaczego nie? Obecnie np. każde mp3 zamiast tylko dźwięku ma w sobie zakodowane informacje o artyście, tytule, raz spotkałem się z tekstem całej piosenki, a ostatnio dodają jeszcze okładki. Odtwarzacze to czytają ładnie. Ludzie lubią takie bajery.
Kariera kloszarda na moście szybko dobiegła końca, ale do dziś stosuję ten system. W kontaktach z różnymi osobami. Jeżeli więc kiedyś usłyszycie mnie mówiącego pozornie bezsensowne rzeczy, to zamiast cieszyć się, jak dzieci, że straciłem rozum do reszty, pomyślcie raczej, że być może ktoś Was tutaj, PT Czytelnicy, dyma.
Krótko po incydencie z kloszardem zmieniłem pracę. Koleżanki więcej nie spotkałem. Podejrzewam, że do dziś ją śmieszy wszystko dookoła. Pewnie opowiada znajomym przy grillu o kloszardzie. Może nawet sama wprowadza to w życie.
Zielony diabeł

Był długi weekend majowy. Johnny powiedział:
- Przejedźmy się.
Wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Do Wisły.
Po drodze Johnny powiedział:
- Sklepy są zamknięte. Ale mamy blisko do Czech.
W mojej głowie zapaliła się lampka. Powiedziałem tylko:
- Absynt.
Pół godziny później przejechaliśmy przez dawny punkt graniczny. Pierwszym sklepem w Czechach jest monopolowy. To zrozumiałe przy tej lokalizacji. Po trochę korzystnym dla siebie kursie Czesi sprzedali nam dwie butelki absyntu. Zielonego jak Ludwik.
Po powrocie kupiliśmy jeszcze cukier w kostkach i sok jabłkowy. Znaleźliśmy stronę w Internecie, gdzie przeczytaliśmy, jaki jest rytuał. Takiego tam właśnie słowa użyli. Rytuał. Obejrzeliśmy ponadto teledysk do
"The Perfect Drug". Nauki nigdy za mało.
Absynt, dzięki dodatku anyżku, nie ciągnie wódą. Pomimo 70% alkoholu zawartego w sobie pachnie jak syrop na kaszel. Szczerze mówiąc, nie opanowaliśmy biegłości w przypalaniu cukru na karmel itd. Za pierwszym drinkiem o mało nie spaliliśmy stolika. Potem było lepiej - udało się utrzymać tendencję do niepodpalania mebli. Cukier ćwierkał na łyżeczce (zwykłej) i podpalał trunek przy mieszaniu, ale nie topił się. Przynajmniej nie od razu. Grunt, że dało się pić.
Johnny miał opóźnione widzenie światła, Joan kłopoty z mówieniem, a ja nie odczułem jakichś specjalnych wrażeń. Poza jednym - pomimo 70% alkohol wchodził nam powoli, niespiesznie. Długo zachowywaliśmy się, jakby nigdy. Dopiero potem zamiast bluesa włączyliśmy The Knife. Uaktywniło się moje ADHD. Zacząłem tańczyć na kanapie. A potem zrobiło mi się niedobrze. Ostatni raz tak się strułem z kolegą w lutym. Od tamtej pory nie mogę patrzeć na whisky. Wcześniej też nie mogłem, w sumie. Zobaczymy, jak będzie z zielonym diabłem.
Toteż jedynym obrazem, jaki namalowałem w tym stanie, był ten na ściance muszli. Nie przetrwał długo. Muszę jednak przyznać, że mam lepsze rzeczy na koncie. Wcześniej odstawiłem Joan do pokoju. Johnny zmył się z całym komputerem. Zostawił chipsy. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam nic w żołądku i źle mi od alkoholu zawartego we krwi. Poszedłem spać.
Rano okazało się, że dalej mną chwieje. Skurczybyk długo trzymał. Polubiłem instytucję ściany. To musi być przerąbane - upić się na pustyni.
Wnioski końcowe. Nie ma halucynacji. Nie liczyłem na nie, ponieważ współczesny absynt jest pozbawiony alfotujonów, które je powodowały. Były również sprawcą psychozy, dlatego się oczyszcza zielonego diabła z ich śladów.
Dalej. Była to jednak zupełnie inna jakość upijania się. Z racji na wolnowchodzenie i anyżek. No i dłużej trzymało.
Zawsze powtarzam, że jak się upijać, to najlepszymi trunkami.
Druga butelka czeka, aż będę w stanie nań spojrzeć. A sok jabłkowy okazał się nieprzydatny.
Tufta
Link :: kategoria:
nr-63 :: 30.04.2008, 09:07:16
- No, to ciśnijcie, stachanowcy.
- Ja nie jestem stachanowcem. Jestem z działu zamówień.
- Wiesz, kim byli stachanowcy?
Konsternacja.
- Nie mam czasu, muszę pracować!
Lorem ipsum
Link :: kategoria:
obs :: 29.04.2008, 20:10:09
"Neque porro quisquam est qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit..."
("Nikt nie kocha bólu samego w sobie, nikt go nie poszukuje lub pożąda tylko dlatego, że jest bólem...")
Nie pamiętam, gdzie natknąłem się na ten tekst. Być może była to jakaś strona w budowie. To najbardziej prawdopodobna wersja. Pierwsze słowa to:
"Lorem ipsum...". Język wyglądał na łaciński. Wrzuciłem fragment w Google. Wtedy dopiero się zdziwiłem. Najpotężniejsza z wyszukiwarek wyrzuciła setki tysięcy stron, które nic nie łączyło ze sobą. Strony banków, blogi, strony domowe, strony firm budowlanych. Każdy znajdzie coś dla siebie. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie jakiś tajemny tekst. Zaklęcie ściągające internautów. Nie potrafiłem wymyślić, w jakim innym celu miano by go umieszczać na tylu stronach. Kiedy człowiek wkręca sobie film, rozsądek dochodzi do głosu ostatni.
W końcu udało mi się znaleźć
tę stronę. Można się z niej dowiedzieć, iż tekst jest tzw. standardowym wypełnieniem edytorskim. Stosuje się je od XV wieku. Fragment tekstu jest wzięty z Cycerona (ok. 45 r. p.n.e.), reszta to bełkot. Celem powstania "Lorem ipsum" był tekst, na którym można stwierdzić, jak wygląda jakiś layout. Uwaga, ludzie o słabych nerwach, na następne zdanie. Może w XV wieku stosowano inne nazewnictwo, ale już wtedy mieli layouty. Solidna benedyktyńska robota. Wyparta potem przez profesora Gutenberga. "Lorem ipsum" dzięki swej konstrukcji nie przyciąga treścią. A wygląda lepiej niż wypełnienie jednym znakiem tylko czy ciągiem przypadkowych zlepków literowych. W Internecie - i nie tylko (patrz obrazek) - można często napotkać na pozostawione przez nieuwagę "Lorem ipsum". Tekst przetrwał pięć wieków. Bez większych zmian. Istnieje podobno kilka humorystycznych wariacji.
Oto cały sekret tajemnego tekstu.
P.S. Na stronie powyżej jest generator "Lorem ipsum" dowolnej długości. Sam z niego korzystałem kilkakrotnie. Gdyby ktoś potrzebował tekstu z ogonkami, to polecam
tu.
Blondynki
Jechałem tramwajem. Wagon sunął na odcinku między Lubicz a Dworcem Głównym. Pomyślałem o tym, że krzywdzące jest używanie określenia "typowa blondynka". Zwrot ten oznacza osobę o obniżonej inteligencji, braku stylu, nieporadności życiowej, z głupim partnerem życiowym, patologiczną rodziną i paroma innymi przypadłościami. To też trochę zależy od regionu, co oznacza.
Nie znam wielu blondynek. Zawsze wolałem towarzystwo ciemnowłosych dziewczyn. Ale napotkałem pośród nich na osoby pasujące do tego opisu. Dedukuję więc, iż są na tym świecie także blondynki nie spełniające ww. kryteriów. A co za tym idzie określenie "typowa" nie ma sensu. Mija się z prawdą. Jest kłamliwe.
No dobrze, powie ktoś, ale jakie proponuję rozwiązanie? Otóż proponuję używać określenia "stereotypowa blondynka". Myślę, że wszyscy na tym skorzystają.
Na powyższą notkę nie miał wpływu fakt, iż autor jest blondynem.
Katie Melua, Warszawa, 20 kwietnia
Link :: kategoria:
linki :: 22.04.2008, 19:28:43
Moja relacja. Miała być tutaj, ale nadarzyła się okazja opublikowania tego szerszemu gronu.
Lyric County II: Mistrzowie wojny
Sue wjechał wózkiem na salę. Poprawił strój kelnera. Generałowie wszelakiej maści omawiali sytuację w jakimś kraju na Bliskim Wschodzie. Podjeżdżał kawałek. Brał z okrągłego stołu pusty dzbanek po wodzie. Odstawiał na wózek. Stawiał kolejny. Nie spieszył się. Po skończonej podmianie odwiózł wózek do kuchni. Wrócił i stanął w cieniu. Był niewidzialny. Nikt nie zwraca uwagi na kelnera.
Trucizna zaczęła działać. Wyciągnął z kieszeni spodni niewielkiego pilota. Wcisnął przycisk. Drzwi się pozasuwały. Sue wskoczył na stół i spojrzał po wojskowych. Siedzieli nieruchomo. Mogli tylko ruszać oczami. Trucizna nie powodowała wiotczenia mięśni. Skurcz.
- Mistrzowie wojny! Zrobiliście broń. Skonstruowaliście samoloty śmierci. Uzbroiliście bomby. Schowaliście się za ścianami. Za biurkami. Nie stworzyliście niczego. Kieruje wami jedynie chęć niszczenia. Igracie z moim światem. Jakby to była zabawka. - Sue wyciągnął pistolet zza paska. Pomachał nim w powietrzu. - Wsadziliście mi broń w dłoń. A potem uciekliście. Kiedy pociski zaczęły przecinać powietrze. Usiedliście i obserwujecie. A licznik śmierci rośnie. Wraz z wypływającą z ciał krwią. Zasialiście największy do wyobrażenia strach. Ludzie boją się rodzić dzieci. Nie jesteście warci krwi w waszych żyłach płynącej. Lecz pozwólcie, że spytam o coś. Pieniądze. Wasze pieniądze. Czy kupicie za nie przebaczenie? Za chwilę przekonacie się, że nie. A ja się przekonam, że naprawdę jesteście martwi.
Spojrzał po ludziach dookoła. Nie żyli.
- Piękne przedstawienie.
Sue obrócił się. Drzwi były odblokowane. W pomieszczeniu stali wojskowi.
- Nie jestem romantykiem.
- Oby. Takie akcje najlepiej robią ludzie bez emocji.
- Mam emocje.
- Nie widzę, żeby były tutaj przeszkodą. Każdy z nas ma rodzinę i swoje życie. Nie jesteśmy maszynami.
- A teraz zmiana warty.
- Tak.
- Jesteście tacy sami.
- Mógłbym powiedzieć, że zaprowadzimy porządek.
- Nie uwierzyłbym.
- Wiem. Toteż nie mówiłem. Proszę zejść ze stołu.
Sue zeskoczył ze stołu. Poczuł ukłucie w okolicach prawej łopatki. Stracił przytomność.
Otworzył oczy. Leżał w jakimś ciasnym miejscu. Drewnianym. Nawet mu nie obili suknem trumny. Wywnioskował z podskakiwania wozu, że wciąż są w drodze. Zaobserwował rytm uderzeń. Był dość regularny. W odpowiednich momentach uderzał w wieko. W końcu ustąpiło. Wyszedł z trumny. Przykrył ją z powrotem. Był w ciężarówce z plandeką.
Jechali jeszcze chwilę. W końcu samochód się zatrzymał. Do tyłu podeszło trzech młodych żołnierzy. Sue wiedział, że ma jedną szansę. Dwóch z żołnierzy weszło do środka. Sue wyskoczył na nich. Wyrwał jednemu pistolet z kabury. Strzelił drugiemu w głowę. A potem pierwszemu. Trzeciego wziął na muszkę. Wyskoczył z ciężarówki.
- Albo robię wam anonimowy grób, albo zeznasz, że zbiegłem.
Żołnierz się wahał chwilę. Sue uderzył go kolbą pistoletu w podstawę nosa.
Sue dopijał herbatę. Don pił cappuccino. Jego mina, jak zawsze, nic nie zdradzała. Chwilę wyglądał przez okno. Nie przeszkadzało mu, że jest ciemno. Kiedy jest jasno, za oknem po horyzont ciągnie się pustynia.
- Poddani księżyca muszą zejść za sceną.
- Chcieli się pozbyć dobrego narzędzia.
- Wiesz, jacy oni są.
- Inna twarz, ale słowa się nigdy nie zmieniają.
- Może ich też pomożesz obalić.
- Nie traktuję tego osobiście.
- Nie?
- Rozwodziłem się nad ich głupotą.
- Jest taki cytat o dzieciach rewolucji.
- Nigdy więcej politycznych zleceń, Don. A co tam u ciebie?
___________________________________
Inspiracja: Bob Dylan, "Masters of War":
lyric.