Lyric County III: Isobel
Sue zrywał jabłka z drzewa. Wolałby gruszki, ale nie narzekał. Brał, co się nadarzyło. Nie miał kurtki, więc nie mógł nabrać więcej na drogę. Jadł trzecie z rzędu jabłko, kiedy usłyszał odgłos silnika samochodowego. Zrzucił z głowy kapelusz kowbojski, żeby łatwiej mu się było schować za drzewem. Ujrzał wiśniowoczerwony samochód klasy biznes. Bardziej jak żony biznesmena niż jego samego. Pojazd wjechał delikatnie na miękką, poranną trawę. Kierowca zgasił silnik i chwilę stał. Ze środka nie było słychać muzyki. Po chwili z samochodu wysiadła młoda kobieta. Ubrana była w elegancki kostium. Jej twarz jednak zdradzała duże styranie psychiczne. Otworzyła bagażnik i wyjęła gumowego węża. Naciągnęła jeden koniec na rurę wydechową. Sue przylgnął bardziej do drzewa, chociaż kobieta tak była zajęta, że nawet niespecjalnie się rozglądała. Możliwe, że zrobiła to, siedząc w samochodzie. Tymczasem rozwinęła węża i z drugą końcówką podeszła do drzwi. Zirytowała się faktem, że elektryczne otwieranie okna nie działa przy zgaszonym silniku. Rzuciła węża i siadła za kierownicą. Wyjęła z torebki kluczyki - po co je w ogóle chowała? - i uruchomiła zapłon.
W tym momencie do akcji postanowił wkroczyć Sue. Trawa w sadzie była na szczęście miękka, więc wytłumiła odgłos, jaki wydałyby obcasy jego kowbojek. Wielki problem podczas skradania się. Kobieta schylała się po końcówkę węża, kiedy ujrzała czubek buta stojącego na wężu. Podniosła wystraszony wzrok.
- Kim pan jest? - spytała.
Sue podniósł węża i obszedł samochód dookoła. Będąc z tyłu oswobodził rurę wydechową. Wsiadł od strony pasażera.
- Nazywam się Sue. Jak się masz?
- Sue? To chyba żeńskie imię.
- Mój ojciec miał nietuzinkowe poczucie humoru. Już sobie to wyjaśniliśmy. Bardziej martwię się o panią.
- Proszę mi nie przeszkadzać.
- Nie pozwolę pani zrobić tego, co pani planuje. Życie jest czasem twarde, ale to nie powód, żeby się zabijać. Coś o tym wiem.
- Czyżby?
- Tu, na południu, i to na prowincji dodatkowo, chłopiec imieniem Sue nie ma lekko. Proszę mi opowiedzieć, co się stało?
Kobieta milczała chwilę. Sue obniżył oparcie fotela i położył się.
- Skoro chce się pani zabić, to co pani szkodzi, pani...?
- Isobel, nazywam się Isobel.
Przyjrzał się jej. Miała na sobą grubą warstwę fluidu, pod którą dojrzał znikającego już siniaka.
- On nie jest tego wart.
Isobel była zaskoczona.
- Słucham?
- Ten, który cię krzywdzi.
- Nie wiem, o czym...
- Makijaż jest dobry z daleka.
Isobel spuściła wzrok.
Sue sięgnął do buta i wyciągnął rewolwer. Oczy Isobel błysnęły z przerażenia.
- Mogę go odwiedzić. - Schował broń. - Ale lepiej będzie po prostu podziękować mu za dalszy związek.
- Zabije mnie.
- Nie zrobi tego.
- Nie?
- Ja mu na to nie pozwolę. Zostaw ten samochód, Isobel, i chodź ze mną. Potrafię znikać. Potrafię zniknąć i ciebie.
- Sama nie wiem. A co jak jesteś jakimś psychopatą?
- Po pierwsze, jestem psychopatą. Po drugie, i tak chcesz się zabić, więc co ci szkodzi? Popatrz. Czytałem kiedyś, że samobójca najczęściej chce zrobić na złość żyjącym. Żywa, ale niedostępna też będziesz go wkurzać. Możemy mu nawet pocztówkę wysłać.
- Jest bogaty. Wynajmie najlepszych detektywów, żeby mnie znaleźli.
- Zajmę się nimi. Jeżeli trzeba będzie, naprawdę go odwiedzę. A wtedy odechce mu się szukania cię.
- Dlaczego to robisz?
- Nie wiem. Masz jedno życie i chcesz je tak łatwo oddać?
- Wszystko mi jedno.
Sue wysiadł z samochodu. Podszedł od strony kierowcy i wyciągnął Isobel za rękę.
- Zatem nie będziesz protestować, jak zostawimy ten samochód tutaj. Niech drań się domyśla, co mogło tutaj zajść.
Sue podniósł kapelusz z ziemi i ruszyli do wyjścia po drugiej stronie sadu. Tam czekał jego samochód.
- Gdzie jedziemy?
- Do Lyric County.
___________________________________
Inspiracja: Dido, "Isobel":
lyric.
Lyric County II: Mistrzowie wojny
Sue wjechał wózkiem na salę. Poprawił strój kelnera. Generałowie wszelakiej maści omawiali sytuację w jakimś kraju na Bliskim Wschodzie. Podjeżdżał kawałek. Brał z okrągłego stołu pusty dzbanek po wodzie. Odstawiał na wózek. Stawiał kolejny. Nie spieszył się. Po skończonej podmianie odwiózł wózek do kuchni. Wrócił i stanął w cieniu. Był niewidzialny. Nikt nie zwraca uwagi na kelnera.
Trucizna zaczęła działać. Wyciągnął z kieszeni spodni niewielkiego pilota. Wcisnął przycisk. Drzwi się pozasuwały. Sue wskoczył na stół i spojrzał po wojskowych. Siedzieli nieruchomo. Mogli tylko ruszać oczami. Trucizna nie powodowała wiotczenia mięśni. Skurcz.
- Mistrzowie wojny! Zrobiliście broń. Skonstruowaliście samoloty śmierci. Uzbroiliście bomby. Schowaliście się za ścianami. Za biurkami. Nie stworzyliście niczego. Kieruje wami jedynie chęć niszczenia. Igracie z moim światem. Jakby to była zabawka. - Sue wyciągnął pistolet zza paska. Pomachał nim w powietrzu. - Wsadziliście mi broń w dłoń. A potem uciekliście. Kiedy pociski zaczęły przecinać powietrze. Usiedliście i obserwujecie. A licznik śmierci rośnie. Wraz z wypływającą z ciał krwią. Zasialiście największy do wyobrażenia strach. Ludzie boją się rodzić dzieci. Nie jesteście warci krwi w waszych żyłach płynącej. Lecz pozwólcie, że spytam o coś. Pieniądze. Wasze pieniądze. Czy kupicie za nie przebaczenie? Za chwilę przekonacie się, że nie. A ja się przekonam, że naprawdę jesteście martwi.
Spojrzał po ludziach dookoła. Nie żyli.
- Piękne przedstawienie.
Sue obrócił się. Drzwi były odblokowane. W pomieszczeniu stali wojskowi.
- Nie jestem romantykiem.
- Oby. Takie akcje najlepiej robią ludzie bez emocji.
- Mam emocje.
- Nie widzę, żeby były tutaj przeszkodą. Każdy z nas ma rodzinę i swoje życie. Nie jesteśmy maszynami.
- A teraz zmiana warty.
- Tak.
- Jesteście tacy sami.
- Mógłbym powiedzieć, że zaprowadzimy porządek.
- Nie uwierzyłbym.
- Wiem. Toteż nie mówiłem. Proszę zejść ze stołu.
Sue zeskoczył ze stołu. Poczuł ukłucie w okolicach prawej łopatki. Stracił przytomność.
Otworzył oczy. Leżał w jakimś ciasnym miejscu. Drewnianym. Nawet mu nie obili suknem trumny. Wywnioskował z podskakiwania wozu, że wciąż są w drodze. Zaobserwował rytm uderzeń. Był dość regularny. W odpowiednich momentach uderzał w wieko. W końcu ustąpiło. Wyszedł z trumny. Przykrył ją z powrotem. Był w ciężarówce z plandeką.
Jechali jeszcze chwilę. W końcu samochód się zatrzymał. Do tyłu podeszło trzech młodych żołnierzy. Sue wiedział, że ma jedną szansę. Dwóch z żołnierzy weszło do środka. Sue wyskoczył na nich. Wyrwał jednemu pistolet z kabury. Strzelił drugiemu w głowę. A potem pierwszemu. Trzeciego wziął na muszkę. Wyskoczył z ciężarówki.
- Albo robię wam anonimowy grób, albo zeznasz, że zbiegłem.
Żołnierz się wahał chwilę. Sue uderzył go kolbą pistoletu w podstawę nosa.
Sue dopijał herbatę. Don pił cappuccino. Jego mina, jak zawsze, nic nie zdradzała. Chwilę wyglądał przez okno. Nie przeszkadzało mu, że jest ciemno. Kiedy jest jasno, za oknem po horyzont ciągnie się pustynia.
- Poddani księżyca muszą zejść za sceną.
- Chcieli się pozbyć dobrego narzędzia.
- Wiesz, jacy oni są.
- Inna twarz, ale słowa się nigdy nie zmieniają.
- Może ich też pomożesz obalić.
- Nie traktuję tego osobiście.
- Nie?
- Rozwodziłem się nad ich głupotą.
- Jest taki cytat o dzieciach rewolucji.
- Nigdy więcej politycznych zleceń, Don. A co tam u ciebie?
___________________________________
Inspiracja: Bob Dylan, "Masters of War":
lyric.
Spotkanie po latach
Don był w sklepie ogólnospożywczym. Zatrzymał się przy prasie. Otworzył program telewizyjny. Na okładce widział swoją ulubioną aktorkę. Zastanowiło go, jaki film z nią grają. Kiedy zamknął gazetę ujrzał kobietę. Miała na sobie bordową sukienkę. Patrzyła na niego.
- Jenny.
- Don.
Patrzył na nią w milczeniu.
- No co, nie masz mi więcej do powiedzenia?
- No, ale... a... Co słychać?
- Może wybierzemy się na kawę?
Don odłożył program telewizyjny na półkę.
Znaleźli kawiarnię w centrum handlowym. Rozmowa się nie kleiła.
- Co porabiasz?
- Mam firmę informatyczną. Myślę, że można mi pogratulować przedsiębiorczości.
- Że założyłeś firmę?
- Że tak ją założyłem, że nie muszę w niej nawet bywać. Istny samograj.
- No, to nieźle.
- A ty co robiłaś przez te lata?
- Trochę pracowałam jako fakturzystka. Potem księgowa. Ale to nudne.
- Mój znajomy mówi, że wszyscy księgowi to nudziarze.
- Nie pomylił się bardzo.
Na chwilę zapadło milczenie. Don obserwował Jenny. Była spięta. W końcu zebrała się w sobie.
- Mogę ci coś opowiedzieć?
- Pewnie.
- Jak wiesz, ciężko przeżyłam nasze rozstanie kiedyś.
- Wiem. Byłem zdziwiony, że się odezwałaś.
- Po tobie byłam z takim prawnikiem. Nudny, ale przewidywalny. Bezpieczny. Mimo wszystko nie wyszło. I wtedy... - Don wstrzymał oddech. - Uciekłam w świat fantazji.
- Fantazji?
- Tak, wyobraziłam sobie, że przez kilka tygodni mieliśmy romans. Nawet pamiętam mieszkanie, w którym żyliśmy. Ale nawet w mojej fantazji to nie wyszło. Zostawiłeś mnie po raz drugi. Próbowałam się zabić. Wylądowałam w psychiatryku. Już doszłam do siebie. Nawet mogę ci to opowiedzieć, ale było źle.
- Coś ci pokażę.
Weszli do pokoju. Don zapalił światło. Jenny w pierwszej chwili nic nie widziała. Obrazy docierały do niej powoli. Przebłyskami. A potem oczy przyzwyczaiły się. Spojrzała po mieszkaniu.
- O boże...
- Tak.
- Nie.
- Tak. Niestety.
- To znaczy, że...
- Tak.
- Nie wymyśliłam sobie tego.
- Tak.
Jenny upadła na kolana i siadła na podłodze.
- Tyle miesięcy terapii.
- Miałaś zdolnego lekarza.
- To miało być śmieszne!?
- Przepraszam.
- Po co mi to w ogóle pokazujesz?
- Nie wiem. Pomyślałem, że ja chciałbym znać prawdę. Najwyżej jeszcze raz wyprzesz to z pamięci.
Jenny wstała. Zamierzyła się na Dona. W ręce miała buta na wysokim obcasie.
- Myślisz, że mam jakiś przycisk do zapominania?
- Masz rację, to było bez sensu. Niepotrzebnie cię tu przyprowadziłem.
Jenny upuściła buta. Wsunęła w niego stopę.
- Może chociaż odpowiesz mi na jedno pytanie.
- Może.
- Przestałam je sobie zadawać. W końcu. Skoro to było wymyślone.
- Ale nie było.
- Dlaczego odszedłeś drugi raz?
- Nie myślałem o tym dużo. Po naszej ostatniej rozmowie obiecaliśmy nie kontaktować się więcej. Pewnie pozbyłaś się wszelkich śladów mojej obecności. Odszedłem drugi raz, ponieważ za bardzo się asekurowałaś, nie dopuszczając mnie do siebie. Nie potrafiłem się przebić przez to. Nie jestem maszyną.
- Więc to moja wina?
- Nie ma tu niczyjej winy. Może winą była próba ponownego zejścia się. Nie starczyło nas już do tego.
- Nienawidzę cię!
Jenny wyszła, trzaskając drzwiami. Don westchnął. Zdjął marynarkę. Usiadł w fotelu. Przetarł oczy. Był zmęczony.
Lyric County: Sue
Młody mężczyzna wszedł do baru na stacji benzynowej z motelem. Usiadł przy kontuarze. Zjadł kilka orzeszków ziemnych z małej miseczki. Ruchem ręki zamówił piwo. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Kątem oka zauważył kogoś. Jego. Szukał go od ćwierćwiecza. I oto siedział tutaj. Chlał na potęgę. Wykrzykiwał rubaszne dowcipy do kelnerek. Mężczyzna naciągnął kapelusz na głowę, wsunął pieniądze pod pełną jeszcze butelkę i wymknął się z lokalu, kiedy nikt nie patrzył w jego stronę.
Wrócił do swojego pokoju. Zdjął koszulę, kowbojki, dżinsy oraz bokserki. Przebrał się szybko w stringi, mini, wysokie aż po krocze buty, czarną bluzkę i kurtkę z futrzanym kołnierzem. Kobiety mogłyby się od niego uczyć tempa. Szybko nałożył makijaż. Stary i tak ledwo widział na oczy.
Wyszedł z pokoju. Zaczął kołysać biodrami. Przez okno baru dojrzał, że człowiek, którego szuka, wstaje i udaje się do toalety. Która jest na zewnątrz. Młody mężczyzna czekał przy drzwiach. Kiedy stary wyszedł z łazienki usłyszał szczęk odciąganego kurka. Kątem oka ujrzał jakąś laskę. I lufę pistoletu. Od mniej korzystnej strony.
- Nazywam się Sue. Jak się masz? Bo zaraz zginiesz.
Sue uderzył mężczyznę kolbą pistoletu prosto w oczy. Ten się zatoczył, ale szybko dobył skądś nóż. Zamachnął się, ucinając Sue kawałek ucha. Sue krzyknął.
Kopnął napastnika w krocze. O mało się przy tym nie wywrócił. Nie przywykł do butów na obcasie. Jeszcze raz uderzył kolbą pistoletu w głowę. Stary upadł na czworaki. Kilka kopniaków w bok uziemiło go do reszty.
Sue kucnął. Zaczął wwiercać lufę pistoletu w skroń mężczyzny.
- Odszedłeś z domu, kiedy miałem trzy lata. Bywa. Zostawiłeś tylko gitarę i pustą butelkę po gorzale. Da się przeżyć, choć bywało ciężko. Jedna pensja na dwoje. Ale po jaką cholerę nazwałeś mnie SUE!? Całe życie mi dokuczali wszyscy dookoła. Musiałem walczyć z całym światem. Kolegami, koleżankami, raz nawet pobiłem nauczyciela. Kiedy już wszyscy się mnie bali, zacząłem szukać ciebie.
- Synu, świat jest twardy, a mężczyzna musi być twardszy. Wiedziałem, że nie będę mógł tam być, żeby cię wspierać. Dałem ci więc na imię Sue. Wiedziałem, że albo się zahartujesz, albo zginiesz. Ale widzę, że się zahartowałeś.
- A widzisz, jak jestem ubrany? Pomyślałeś o takich implikacjach swoich metod wychowawczych? Że twój syn będzie miał trudności z określeniem swojej seksualności?
- O czym ty gadasz, synu? Chyba nie jesteś pedałem!?
Sue wstał i schował pistolet do torebki.
- Nie.
Ruszył w stronę swojego pokoju.
- Czekaj, odchodzisz?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo zdałem sobie sprawę z faktu, że to bez sensu. Jeżeli cię zabiję, to nadal będę się nazywał Sue. Poza tym faktycznie mnie to zahartowało. Chyba ci daruję. Żyj sobie swoim żałosnym życiem. Żegnaj.
- To nie padniemy sobie w objęcia i nie pójdziemy na browca?
- To nie jest piosenka country, staruszku. Poza tym nie stać cię na taką cizię, jak ja.
Sue wrócił do pokoju. Lyric County czekało.
___________________________________
Inspiracja: Johny Cash, "A Boy Named Sue":
a/v,
lyric,
wiki,
facts.
•