Moths
Kuśtykając dziś do muszli, natknąłem się na martwą ćmę. Pięknie zachowany okaz. Odkąd dowiedziałem się, jaki jest największy owad na świecie, jestem zafascynowany tymi owadami. (Największy, żyjący owad, na szczęście.)
Naszło mnie, żeby założyć hodowlę ciem. Nie wiem po co. Chyba, żeby się bardziej z nimi oswoić, ponieważ wciąż wzbudzają we mnie irracjonalny lęk.
Przypomina mi się, jak wyrzucałem je z pokoju w kieliszku. Trzeba przydusić do ściany, przyłożyć kartką i wypuścić za oknem. Kiedyś nie chciał wyjść i wytrzepując go, rozpieprzyłem kieliszek. No cóż. Mam nadzieję, że przeżył.
Myślę, że jako hodowca oswoiłbym się z nimi bardziej.
The end of necessity
Znałem się z nimi dwa lata. Na koniec powiedziałem każdemu z nich tylko: "Cześć, miło się studiowało".
Z rozmyślań przy sprzątaniu
Naszła mnie ostatnio myśl, jakże piękniejszym byłby świat, gdyby się nie kurzyło. Jakaż oszczędność czasu, energii. Wszystkiego.
Worsties
Do one thing everyday that scares you.
"Advice, like youth, probably just wasted on the young", Mary Schmich
W końcu musiało do tego dojść. Zalałem swojego laptopa herbatą.
It's only after you lost everything that you're free to do anything. Ostatnio przydarzają mi się rzeczy, których się najbardziej obawiam, że mi się przydarzą. Mój znajomy z autobusu robi zdjęcia. Włamuje się z dziewczyną do opuszczonych obiektów. Starych kamienic, zapomnianych fabryk (nie licząc ochroniarzy, oni pamiętają). Spytał mnie razu pewnego, czy nie mam jakiegoś pistoletu. Do zdjęć. Odparłem, że mam. Przyniosłem mu go. Ostatnio spytałem znajomego, czy go jeszcze potrzebuje. Uśmiechnął się w zakłopotaniu. Powiedział, że będzie z tym problem. Zostawił pistolet na wierzchu. Kiedy wrócił do domu, pistolet był w kawałkach.
- Odkupię go - dodał.
- To byłoby trudne - odparłem.
Widzicie, to pistolet, który jeszcze mój ojciec miał, kiedy był chłopakiem. Trochę mnie ten fakt zasmucił. Lubiłem ten pistolet. Nie działał w nim spust. Po wciśnięciu zostawał. Trzeba go było wyciągnąć. Po tej operacji można było strzelać dalej. Najbardziej bałem się, pożyczając go, że nie wróci do mnie w jednym kawałku. Przepadł bezpowrotnie. To tylko przedmiot. Ale szkoda.
Najciekawsze dla mnie w tym wszystkim jest to, że słuchałem tego ze stoickim spokojem. Ale może tak właśnie jest, kiedy słucha się o najgorszej rzeczy, jaką można sobie wyobrazić. No, najgorszej w związku z tym przedmiotem. Jestem w stanie wymyśleć kilka gorszych rzeczy w ogóle.
Koniec końców mam dostać inny. Lubię się bawić pistoletem. Jak to chłopiec. Wiek nie ma tu nic do rzeczy.
Podobnie było z laptopem. Kupiłem go w lipcu. Mniejsza o kwotę. Powiedzmy, że niemało. Szczególnie, jak na mnie. A ostatnio staniało to wszystko jeszcze. Jak na złość. Oj, Tony, żartownisiu. A może to raczej niewidzialna ręka rynku. Za półtora tysiąca można teraz przyzwoity sprzęt dorwać. Mój ojciec zwykł mawiać, iż komputer w momencie zakupu już jest przestarzały. Ja będę chyba dodawał, że poza tym przepłacony. Jeszcze nad tym pomyślę.
Od początku chuchałem na niego. Nie zalać, nie upuścić, nie porysować. Już się powycierały niektóre klawisze od pisania i obudowa od trzymania nań dłoni. Trudno. A teraz ta herbata. Chlusnęła.
Znowu byłem spokojny. Panicznie bałem się tej chwili. Ale kiedy nadeszła, nie straciłem głowy. Pamiętam z instrukcji, co trzeba zrobić z zalanym czymkolwiek w jakikolwiek sposób laptopem. Otóż trzeba go wyłączyć. Natychmiast. Niech wyschnie. Dobrym objawem jest, jeśli z komputera się nie dymi. Nie dymiło się.
(W innym miejscu instrukcji napisano, żebym nie używał laptopa w wannie i jej pobliżu. Jak widać amerykanizacja wdziera się nie tylko do naszej diety i kalendarza świąt.)
Tak uczyniłem. Odwróciłem go do góry nogami, żeby nie wciekało bardziej. Podejrzewam, że oni robią je - szczególnie te droższe - dość idiotoodporne. Po jakiejś godzinie odwróciłem laptopa normalnie i włączyłem. Działał. Działa do dziś.
Niemniej zaraz po włączeniu stwierdziłem, że klawisze z zalanej części wciskają się inaczej. Z lekkim oporem. Do końca. Piszą normalnie. Ale to dość irytujące. Tożsamo z przyciskami touchpada. Wszystko przez cukier. Nie uznaję niesłodkiej herbaty. Nie uznaję nawet małosłodkiej. Co jednak dobre dla mnie, niekoniecznie dobre dla mojego komputera. Wziąłem spinkę do włosów i zacząłem dłubać przy wyżej wzmiankowanych klawiszach. Dało to efekt tylko w przypadku touchpada. Którego i tak nie używam. Mój laptop ma jeden z gorszych touchpadów. Jeszcze w lipcu kupiłem mysz.
De facto jeszcze przed zakupem samego komputera. W pracy dopiero nauczyłem się korzystać z touchpada. Oraz linuksa. Ale to inna bajka.
Nie lubię się irytować. Ostatnimi czasy więcej piszę na firmowym laptopie, z którym z racji wagi przemieszczam się po mieście, ale kiedy czasem zasiądę do pierwszego - przez Bluetooth przedstawia się jako Fellow Traveler - to nie chcę się irytować. Zapłaciłem za komfort, to chcę go mieć. Ma dobrze zawieszoną klawiaturę. Szkoda to psuć cukrem.
Zadzwoniłem do serwisu. Autoryzowanego.
- Dzień dobry. Zalałem sobie laptopa cukrem.
- Ajj...
- Nie, nic się nie stało. Tylko klawisze ciężko wchodzą. To pewnie nie jest usługa serwisowa, ale zastanawiam się, czy nie przeczyścilibyście mi klawiatury. - Mógłbym ja sam, ale nie podważałem nigdy klawiszy w zwykłej klawiaturze, a co dopiero w laptopie, gdzie jest ona newralgiczną częscią.
- Wie pan, nie sądzę, żebyśmy czyścili klawiatury. Ale możemy nową wstawić.
- I za ile?
- To będzie 150 zł za klawiaturę.
- Sto pięćdziesiąt?
- I 160 zł za robotę, czyli tak ponad 300 zł. - Co prawda policzyłem sam, ale nie chciałem mu psuć frajdy. - Oczywiście najpierw to wycenimy.
Oczywiście.
- Dziękuję.
No tak, kupił sobie laptop Toshiby, to trzeba go doić dalej. W sumie, nie ma w tym nic zaskakującego. Aczkolwiek indolencja ludzi po drugiej stronie słuchawki coraz częściej skłania mnie do zaprzestania komunikacji z ludźmi tą drogą.
Poszedłem do działu IT u nas w budynku z pytaniem o podważanie klawiszy. Dowiedziałem się, że w sumie bez problemu. Ostatecznie, pomyślałem - i tak najbardziej ryzykuję tym, że będę musiał kupić nową. Ale okazało się, że wymyślono specjalne preparaty do czyszczenia klawiatur. Taka pianka. Na kilka minut spryskać. Potem wydmuchać sprężonym powietrzem. To już druga puszka. Pożyczyłem preparaty i wróciłem do domu.
Podczas całej tej operacji spiąłem się po raz kolejny. Napsikałem z bliska i stwierdziłem, że ta pianka jest mokra jak skurwysyn. Czyli że znowu zalałem sobie komputer. Po raz drugi w przeciągu tygodnia. O bogowie. Złapałem sprężone powietrze i dmucham. Okazuje się, że na koniec posyła taki mokry drzyzg. Super. Odczekałem chwilę. W międzyczasie pozwoliłem sobie przeczytać instrukcję na puszcze. Piankę rozpylać z odległośi 15-20 cm. Super. Drżącą ręką wcisnąłem włącznik. Działa. I nie dymi! A klawisze chodzą jak złoto.
Za darmo. W piętnaście minut. A ludzie z autoryzowanego serwisu chcieli mi całą klawiaturę wymieniać. Coraz mniej mam zaufania do tzw. specjalistów.
Jak chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, to musisz to zrobić sam. (Na szczęście laptopa zalałem trochę byle jak.)
Betrayal
W piątek, 31. maja 2008 mój bufet mnie zdradził.
Kiedy wszedłem tego dnia na salę było tam inaczej. Moją uwagę zwróciły białe obrusy na stołach. Nie wyglądało to źle. Ale to nie lokal tej klasy. Na pewno było to podejrzane.
Pokazałem na obrusy.
- Ale można normalnie korzystać, prawda?
Na te słowa podeszła jakaś kobieta w białej bluzce.
- Ma pan bon żywonściowy?
- Że co?
W tym momencie włączyła się kobieta, która zawsze mi sprzedawała frytki.
- Konferencja jest. Do szesnastej.
Było trochę po piętnastej.
Ta białej bluzce wyprowadziła mnie z sali. Podstępnie. Nawet się nie obejrzałem, kiedy. Na korytarzu się jednak zreflektowałem. Wróciłem. Postanowiłem dać im szansę. Dwa lata kupowania frytek na każdym zjeździe. Nawet do 3 razy na zjazd. Czasem coś do picia. To pozwala wytworzyć pewne relacje firma-klient.
- To może chociaż na wynos?
Kobieta, która zawsze mi sprzedawała frytki, pokazała po sali.
- Nie ma, wszyscy sprzątają.
Spojrzałem na część obsługi, która stała za kontuarem i bezczynnie obserwowała sprzątanie.
Wyszedłem. Ostatecznie.
Postanowiłem ich ukarać. Miałem kilka pomysłów. Oddanie moczu na salę - może ściany - przy pełnym komplecie ludzi zostało zaklasyfikowane jako trudne. Podrzucanie kału w papierowej torebce wydawało mi się cokolwiek dziecinne. Zacząłem schodzić do łagodniejszych rozwiązań typu negatywna prasa, ulotki, stawanie w kolejce tylko po to, żeby sączyć jad, a niby rozmyślać się tuż przy kasie. Ale te rozwiązania nie były właściwe.
W końcu zrozumiałem, co mogę im zrobić. Mogę przestać tam chodzić. Nie kupić choćby pół złamanej frytki. Zgodnie z prawem marketingu, jeden odchodzący klient pociąga za sobą sześciu. (Dla kontekstu: jeden nowy przyciąga tylko trzech.)
Adios, bufecie. Zostawiam cię bez żalu.
Spotted
Idą po ciebie.
de Kojot
Dawniej, jak wpisało się "krazov" w Google, to wyszukiwarka proponowała "kraków". Obecnie tego nie robi. Co więcej, po wpisaniu "jonkrazov", proponuje "jon krazov".
Mają mnie.
Zielony diabeł

Był długi weekend majowy. Johnny powiedział:
- Przejedźmy się.
Wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Do Wisły.
Po drodze Johnny powiedział:
- Sklepy są zamknięte. Ale mamy blisko do Czech.
W mojej głowie zapaliła się lampka. Powiedziałem tylko:
- Absynt.
Pół godziny później przejechaliśmy przez dawny punkt graniczny. Pierwszym sklepem w Czechach jest monopolowy. To zrozumiałe przy tej lokalizacji. Po trochę korzystnym dla siebie kursie Czesi sprzedali nam dwie butelki absyntu. Zielonego jak Ludwik.
Po powrocie kupiliśmy jeszcze cukier w kostkach i sok jabłkowy. Znaleźliśmy stronę w Internecie, gdzie przeczytaliśmy, jaki jest rytuał. Takiego tam właśnie słowa użyli. Rytuał. Obejrzeliśmy ponadto teledysk do
"The Perfect Drug". Nauki nigdy za mało.
Absynt, dzięki dodatku anyżku, nie ciągnie wódą. Pomimo 70% alkoholu zawartego w sobie pachnie jak syrop na kaszel. Szczerze mówiąc, nie opanowaliśmy biegłości w przypalaniu cukru na karmel itd. Za pierwszym drinkiem o mało nie spaliliśmy stolika. Potem było lepiej - udało się utrzymać tendencję do niepodpalania mebli. Cukier ćwierkał na łyżeczce (zwykłej) i podpalał trunek przy mieszaniu, ale nie topił się. Przynajmniej nie od razu. Grunt, że dało się pić.
Johnny miał opóźnione widzenie światła, Joan kłopoty z mówieniem, a ja nie odczułem jakichś specjalnych wrażeń. Poza jednym - pomimo 70% alkohol wchodził nam powoli, niespiesznie. Długo zachowywaliśmy się, jakby nigdy. Dopiero potem zamiast bluesa włączyliśmy The Knife. Uaktywniło się moje ADHD. Zacząłem tańczyć na kanapie. A potem zrobiło mi się niedobrze. Ostatni raz tak się strułem z kolegą w lutym. Od tamtej pory nie mogę patrzeć na whisky. Wcześniej też nie mogłem, w sumie. Zobaczymy, jak będzie z zielonym diabłem.
Toteż jedynym obrazem, jaki namalowałem w tym stanie, był ten na ściance muszli. Nie przetrwał długo. Muszę jednak przyznać, że mam lepsze rzeczy na koncie. Wcześniej odstawiłem Joan do pokoju. Johnny zmył się z całym komputerem. Zostawił chipsy. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam nic w żołądku i źle mi od alkoholu zawartego we krwi. Poszedłem spać.
Rano okazało się, że dalej mną chwieje. Skurczybyk długo trzymał. Polubiłem instytucję ściany. To musi być przerąbane - upić się na pustyni.
Wnioski końcowe. Nie ma halucynacji. Nie liczyłem na nie, ponieważ współczesny absynt jest pozbawiony alfotujonów, które je powodowały. Były również sprawcą psychozy, dlatego się oczyszcza zielonego diabła z ich śladów.
Dalej. Była to jednak zupełnie inna jakość upijania się. Z racji na wolnowchodzenie i anyżek. No i dłużej trzymało.
Zawsze powtarzam, że jak się upijać, to najlepszymi trunkami.
Druga butelka czeka, aż będę w stanie nań spojrzeć. A sok jabłkowy okazał się nieprzydatny.
Blondynki
Jechałem tramwajem. Wagon sunął na odcinku między Lubicz a Dworcem Głównym. Pomyślałem o tym, że krzywdzące jest używanie określenia "typowa blondynka". Zwrot ten oznacza osobę o obniżonej inteligencji, braku stylu, nieporadności życiowej, z głupim partnerem życiowym, patologiczną rodziną i paroma innymi przypadłościami. To też trochę zależy od regionu, co oznacza.
Nie znam wielu blondynek. Zawsze wolałem towarzystwo ciemnowłosych dziewczyn. Ale napotkałem pośród nich na osoby pasujące do tego opisu. Dedukuję więc, iż są na tym świecie także blondynki nie spełniające ww. kryteriów. A co za tym idzie określenie "typowa" nie ma sensu. Mija się z prawdą. Jest kłamliwe.
No dobrze, powie ktoś, ale jakie proponuję rozwiązanie? Otóż proponuję używać określenia "stereotypowa blondynka". Myślę, że wszyscy na tym skorzystają.
Na powyższą notkę nie miał wpływu fakt, iż autor jest blondynem.
Ghosts
Po śnie z psychopatką zaczęło mi się tak zdarzać. Budziłem się, ale nie mogłem ruszyć. Jakbym miał ciało z ołowiu. Po kilku razach pomyślałem, że coś nie tak jest. Pewnego dnia usłyszałem odgłos zamykanych drzwi. Ja nie mam takich drzwi w mieszkaniu...
Musicie wiedzieć, że w moim mieszkaniu zmarła kiedyś moja prababcia. Prawie jej nie pamiętam. Niemniej to jedyna osoba, która tu zmarła. Pradziadek, mąż jej, dokonał swego żywota w hospicjum. Potem mieszkali tu tylko różni studenci. Ten przede mną był bardzo zdolny - pomalował mieszkanie włącznie z sufitem i meblami w łazience na żółto. Poza tym syfiarz zostawił pety w cukierniczce. Ale wracając do tematu --
Jeżeli miałoby straszyć, to musiałby to być duch prababci. Od mamy dowiedziałem się, w którym miejscu była odeszła z tego świata. W miejscu, gdzie obecnie stoi kuchenka gazowa. Trochę poprzestawialiśmy meble potem. Nic specjalnego się w tym miejscu nie działo.
Zacząłem nocne obserwacje. Stwierdziłem, że słyszę... meble. Głównie krzesła. Taki odgłos, jaki wydaje krzesło, na którym się ktoś wierci. Co i rusz coś takiego. Po kilku nocach mnie to znudziło. Otwierałem oczy w najmniej spodziewanych momentach, ale nie zobaczyłem żadnego ducha. W końcu doszedłem do wniosku, że nocą słychać rzeczy zagłuszane przez hałas dnia. Szafka (niedaleko miejsca zgonu) nawet w dzień lubi sobie "strzelić" raz na jakiś czas.
Drętwienie ustąpiło. Niedawno natknąłem się na coś takiego:
Zwykle nie zdajemy sobie sprawy z jego istnienia. Jest to pewnego rodzaju klatka, nakładana przez mózg na ciało podczas snu. Powoduje on, że gdy w śnie np. biegniemy, nie wykonujemy ruchów w rzeczywistości. Gdy zasypiamy, nie zdajemy sobie sprawy z jego obecności - rozpoczyna się on, gdy mózg jest pewien, że straciliśmy świadomość. (...)
Paraliż senny jest najczęściej bardzo nieprzyjemny. Występuje uczucie duszenia się i czasami czyjejś obecności. Paraliż senny był źródłem wielu przesądów, nazywano go dusiołkiem, zmorą senną itp. Na szczęście występuje on bardzo rzadko, średnio u 0,041% ludzi doświadczających świadomych snów.
Paraliż senny nie obejmuje nerwów kontrolujących ruchy gałek ocznych, dlatego w czasie marzeń sennych takie ruchy występują. Jest to sposób na stwierdzenie, czy dana osoba śni. Fazę snu, w której występują ruchy gałek ocznych nazwano REM (Rapid Eye Movement). (
źródło)
W czasie paraliżu przysennego jedyną grupą mięśni na które można mieć świadomy wpływ są mięśnie oddechowe. Wykonywanie szybkich i gwałtownych zamierzonych wdechów i wydechów może ułatwić wybudzenie się, jednakże stan paraliżu trwa na ogół krótko i w ciągu kilku minut samoistnie przechodzi w całkowite wybudzenie lub sen. (
źródło)
Mulder vs. Scully - 0:1.
•