9:9:9:9
Witajcie w naszej bajce,
Słoń zagra na fujarce,
Pinokio nam zaśpiewa,
Zatańczą w koło drzewa.
Zmieniałem blogi tak często, że nie ma sensu pytać po co. Mój typ tak ma. Poprzedni się wyczerpał. Beck powiedział, że to jest jak z butami - w którymś momencie się je wyrzuca. Ja czynię to z niebywałą lekkością. Już taki jestem.
Ten wpis powstaje tylko w jednym celu - ażebym mógł się pobawić z layoutem.
Niemniej jednak zapraszam do lektury nadchodzących notek. Będzie zabawnie, życiowo, choć mniej osobiście i takie tam.
(Muszę przyznać, że miewałem mądrzejsze początki blogów, ale byłem wtedy na ogół zdrowszy. Nvrmnd, podobno ważne, jak się kończy.)
Edynburg za 10 funtów dziennie
Arthur's Seat w Holyrood Park z miejscówki na jedną noc stał się naszym stałym miejscem. Plan dnia z reguły wyglądał tak samo.
I
Pobudka o dziewiątej. Szybkie śniadanie. Kromka chleba tostowego z czymś, najlepiej masłem orzechowym. Najbardziej zapycha. Łyk tesco coli. Siku w krzakach. Koleżanka po kilku dniach usypała pokaźny kopiec chusteczek higienicznych.
Późniejsze wstawanie mogłoby być zbyt ryzykownie. Jak pokazał ostatni dzień - było. Pamiętam - zwijaliśmy namiot, kiedy pojawiła się straż parkowa. Zacząłem snuć wizje aresztu, mandatu i tym podobnych rzeczy, o jakich marzy się ostatniego dnia na obczyźnie. Pomyślałem w tym momencie, że ten Murzyn na nas doniósł. Jeden z tych od porannego joggingu. Spaliśmy w rowie, a oni biegali na górze. Naturalna dychotomia.
- You can't camp here - oznajmiła kobieta w firmowych szortach.
- We're moving.
- Ok.
I Poszli.
Życzyłbym sobie tak wyjaśniać wszelkie niejasności z przedstawicielami władzy. Po pięciu dniach spania na dziko! W parku w środku miasta.
Przez wcześniejsze dni (cztery? pięć?) było lepiej. Zwijaliśmy się odpowiednio wcześnie. Pakowaliśmy namioty i cały dobytek, a następnie z takim balastem udawaliśmy się do autobusu na Nicholson St. Tutaj przepadały dwa funty trzydzieści na głowę. Na szczęście bilety były całodzienne. Ostatniego dnia przeszliśmy na piechotę Pleasence i Jeffrey St., docierając do South Bridge, co zajęło raptem pół godziny. Tamtego dnia nie potrzebowaliśmy już biletów. Miła była świadomość, że byłem już tak zaprawiony, że 25 kg, jakie miałem na sobie, nie wpływało na moje tempo.
Na dworcu autobusowym chowaliśmy większość bagaży do schowków. Na moich plecach zostawał tylko plecak z niezbędnymi rzeczami. W ten sposób żegnaliśmy się z kolejnymi 4 funtami. Zyskiwaliśmy mobilność. Bezcenne.
II
Z dworca wyskakiwaliśmy do St. James Centre. Mówi się, że umiejscowienie obiektu jest porażką planistów miejskich. Ja nie narzekałem. Co prawda w sklepach nie było nic specjalnie interesującego, ale na pięterku była kawiarnia. Pewnym krokiem przechodziłem przez cały lokal i znikałem w toalecie. Pamiętam, że w kabinie mieli fajny bajer. Psikało się substancją na papier toaletowy i przecierało deskę klozetową. W końcu nie wiadomo, czyje zadki zasiadały na tronie przede nami. Mieli też genialną wentylację, nic nie było czuć. Papier był dzielony na takie elementy do urywania. Jak w Polsce, rzec by można. Ale tam każdy kawałek był trzy razy większy niż u nas. Różni ludzie, różne tyłki, różne zapotrzebowania na papier.
Były tam też dziwne umywalki. Nie przy ścianie, tylko na takich cokołach. No cóż. Tam myłem włosy przy użyciu mydła w płynie. Raz jakiś dziadek patrzył na mnie wzrokiem pełnym niezrozumienia. Chyba zacząłem coś gwizdać pod nosem. Niestety, śpiąc pod namiotem w środku miasta, ciężko dbać o higienę przed snem. Ale do tego dojdziemy.
III
Potem była najbardziej ruchoma pora dnia. Na ogół snuliśmy się po mieście, mając bilety. W Edynburgu jeżdżą piętrowe autobusy. Miasto nie jest wysokie. Jak się zaklepie miejsce u góry z przodu, to poezja. Z tej pozycji widać wszystko, co bardziej interesujące. Z mapą można w ciągu pół dnia pozaznaczać, co się chce obejrzeć.
Raz pojechaliśmy do Granton Beach. Jedno z moich ulubionych miejsc. Nie wiem, dlaczego - to jest takie kamienne molo wpuszczone w morze. Zatokę, chciałem powiedzieć. Prawie w ogóle nie ma tam turystów. I może o to poszło. Spotkaliśmy tylko innych Polaków, z którymi zaczęliśmy dogadywać się po angielsku, żeby zrobić im zdjęcie. Innym razem, pod wieczór pojechaliśmy do Portobello Beach. Piaszczysta plaża, ukierunkowanie na turystów. Dla każdego coś się znajdzie. Plus to to, że z nie widać drugiego brzegu, bo wychodzi faktycznie na morze.
Trochę poniewczasie zorientowaliśmy się, iż muzea są za darmo. Trafiliśmy tylko na jakichś impresjonistów. Nadawałem obrazom trafniejsze od oryginalnych tytuły, po polsku. Czyniłem to bardzo swobodnie do momentu, kiedy natknęliśmy się na obraz mężczyzny wyraźnie niezainteresowanego swoją pracą.
- A ten to "Pierdolę, nie robię" - powiedziałem.
W tym momencie usłyszałem ryk śmiechu. Kobieta za mną nie wytrzymała. No cóż, nasi są wszędzie. Nawet w muzeum.
Widzieliśmy statek królowej brytyjskiej. Z daleka, bo przekroczylibyśmy budżet 10 funtów. Z braku ambitniejszych obiektów robiłem przegląd toalet publicznych. W terminalu morskim mieli nawet fajną. A la stary, drewniany statek. Szum wody. Słony zapach. Trochę nieswojo się przez to czułem.
Stałym punktem było Tesco. Tutaj dobijaliśmy do 10 funtów. Nie było sensu kupować wody na zapas. Na bieżąco kontrolowaliśmy stan sera, szynki, dżemu i masła orzechowego. Wszystko oczywiście w kategorii Tesco Value. I to jest ciekawe - bo w Polsce to są produkty, na które lepiej nie patrzeć z obawy, że można sobie wzrok popsuć, tymczasem tam jest to pełnoprawny produkt. I chwała Tony'emu.
Jednym z moich idee fixe podczas pobytu w Szkocji było: napić się coca-coli. Nie pepsi, a coli właśnie. Niestety, a może stety, potrafiłem się powstrzymać przed wydaniem 1,5 funta na rzecz tesco coli za 21 pensów. Smakowała podobnie. Ostatecznie polecieliśmy tam w innym celu niż picie coli. Wytrwałem. De facto nie przywiozłem żadnej fizycznej pamiątki z tamtej podróży.
W Tesco też należało się umyć. Nie ma gdzie? Jest. Trzeba się zamknąć w ubikacji dla niepełnosprawnych - tylko ona ma zamek - i w tej malutkiej umywaleczce się szybko umyć, żeby nie ściągać na siebie uwagi ochrony. Pamiętam, jak usłyszałem o tym pierwszy raz. Kolega, który był tydzień dłużej, opowiadał to na luzie. Pomyślałem wtedy - nigdy w życiu. W dwa tygodnie później - po dwóch dniach niemycia się i względnie ciepłej pogody - uczyniłem to z wielką ulgą.
O praniu można było zapomnieć, ale na szczęście mieliśmy mały zapas czystych rzeczy z czasów, kiedy spaliśmy na polu namiotowym i mieliśmy dostęp do pralni. Takich rzeczy się nie docenia, kiedy są.
IV
Potem był taki moment dnia, kiedy warto się było już udać do centrum. Posiedzieć w parku u podnóża zamku albo coś w ten deseń. Ostatnio czytałem "Zaułek łgarza" i momentami mi przychodziły mi do głowy różne fragmenty z pobytu w Edynburgu. Ciężko mówić o bezdomności przez 6 dni, ale nie zmienia to faktu, że dachu nad głową nie mieliśmy.
O tej porze dochodziło do zbiórki. Na dworcu. Odbieraliśmy swoje rzeczy i autobusem wracaliśmy do Holyrood Park. Raz przyczepił się do nas jakiś redaktor polskiej gazety z wodogłowiem. Był pijany i wypytywał, gdzie śpimy. Po ponad dwóch tygodniach ćwiczeń rozłożenie namiotu bez światła nie jest sztuką.
I tak do następnego dnia. Dobrze, że przez cały czas nie padało.
A, coli napiłem się ostatniego dnia dzięki uprzejmości pewnej kobiety z Singapuru.
Suffocating
Byłem agentem specjalnym. Razem z siostrą. Prowadziliśmy śledztwo w sprawie pewnej psychopatki. Nie wiedzieliśmy, jak się nazywa. Ani jak wygląda. Ale wiedzieliśmy, gdzie mieszka. Na ostatnim piętrze w bloku. Rozłożyliśmy się ze sprzętem i wyczailiśmy jej okno. Przy rogu. Małe i jedyne w całym mieszkaniu. Siedziała oparta o ścianę. Widać było tylko jej rękę. W pewnym momencie weszła do łazienki.
Wtedy zapadła decyzja o wejściu. Razem z innym gościem ubraliśmy się jak antyterroryści i zakradliśmy do jej mieszkania. Była dalej w łazience. W mieszkaniu nie było nic interesującego. W tym momencie psychopatka nacisnęła klamkę od drzwi. A ja zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w pułapce. I że ta kobieta jest zdolna do paskudnych rzeczy.
Zarządziłem, że wskakujemy do jej łóżka. Przykryliśmy się kocem. Nie zauważyła nas. Nie widziałem jej twarzy. Miała na sobie niebieskie kolarki i koszulkę na ramiączkach. Miała ciało 50-letniej kobiety. Może więcej nawet. Minęła nas. Kiedy była w nogach, zorientowała się, że ktoś leży w jej łóżku.
Złapała koc i zaczęła z nas zdzierać. Próbowaliśmy się szarpać. Najgorsze, że wiedziałem, że to wszystko jest sen, ale nie mogłem się obudzić. A ona coraz mocniej ciągnęła koc! Zacząłem wyć w tym momencie.
Na moich ustach pojawiła się dłoń, tłumiąc wszystko.
- Śpij.
Byłem uratowany.
Lyric County: Sue
Młody mężczyzna wszedł do baru na stacji benzynowej z motelem. Usiadł przy kontuarze. Zjadł kilka orzeszków ziemnych z małej miseczki. Ruchem ręki zamówił piwo. Omiótł wzrokiem pomieszczenie. Kątem oka zauważył kogoś. Jego. Szukał go od ćwierćwiecza. I oto siedział tutaj. Chlał na potęgę. Wykrzykiwał rubaszne dowcipy do kelnerek. Mężczyzna naciągnął kapelusz na głowę, wsunął pieniądze pod pełną jeszcze butelkę i wymknął się z lokalu, kiedy nikt nie patrzył w jego stronę.
Wrócił do swojego pokoju. Zdjął koszulę, kowbojki, dżinsy oraz bokserki. Przebrał się szybko w stringi, mini, wysokie aż po krocze buty, czarną bluzkę i kurtkę z futrzanym kołnierzem. Kobiety mogłyby się od niego uczyć tempa. Szybko nałożył makijaż. Stary i tak ledwo widział na oczy.
Wyszedł z pokoju. Zaczął kołysać biodrami. Przez okno baru dojrzał, że człowiek, którego szuka, wstaje i udaje się do toalety. Która jest na zewnątrz. Młody mężczyzna czekał przy drzwiach. Kiedy stary wyszedł z łazienki usłyszał szczęk odciąganego kurka. Kątem oka ujrzał jakąś laskę. I lufę pistoletu. Od mniej korzystnej strony.
- Nazywam się Sue. Jak się masz? Bo zaraz zginiesz.
Sue uderzył mężczyznę kolbą pistoletu prosto w oczy. Ten się zatoczył, ale szybko dobył skądś nóż. Zamachnął się, ucinając Sue kawałek ucha. Sue krzyknął.
Kopnął napastnika w krocze. O mało się przy tym nie wywrócił. Nie przywykł do butów na obcasie. Jeszcze raz uderzył kolbą pistoletu w głowę. Stary upadł na czworaki. Kilka kopniaków w bok uziemiło go do reszty.
Sue kucnął. Zaczął wwiercać lufę pistoletu w skroń mężczyzny.
- Odszedłeś z domu, kiedy miałem trzy lata. Bywa. Zostawiłeś tylko gitarę i pustą butelkę po gorzale. Da się przeżyć, choć bywało ciężko. Jedna pensja na dwoje. Ale po jaką cholerę nazwałeś mnie SUE!? Całe życie mi dokuczali wszyscy dookoła. Musiałem walczyć z całym światem. Kolegami, koleżankami, raz nawet pobiłem nauczyciela. Kiedy już wszyscy się mnie bali, zacząłem szukać ciebie.
- Synu, świat jest twardy, a mężczyzna musi być twardszy. Wiedziałem, że nie będę mógł tam być, żeby cię wspierać. Dałem ci więc na imię Sue. Wiedziałem, że albo się zahartujesz, albo zginiesz. Ale widzę, że się zahartowałeś.
- A widzisz, jak jestem ubrany? Pomyślałeś o takich implikacjach swoich metod wychowawczych? Że twój syn będzie miał trudności z określeniem swojej seksualności?
- O czym ty gadasz, synu? Chyba nie jesteś pedałem!?
Sue wstał i schował pistolet do torebki.
- Nie.
Ruszył w stronę swojego pokoju.
- Czekaj, odchodzisz?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo zdałem sobie sprawę z faktu, że to bez sensu. Jeżeli cię zabiję, to nadal będę się nazywał Sue. Poza tym faktycznie mnie to zahartowało. Chyba ci daruję. Żyj sobie swoim żałosnym życiem. Żegnaj.
- To nie padniemy sobie w objęcia i nie pójdziemy na browca?
- To nie jest piosenka country, staruszku. Poza tym nie stać cię na taką cizię, jak ja.
Sue wrócił do pokoju. Lyric County czekało.
___________________________________
Inspiracja: Johny Cash, "A Boy Named Sue":
a/v,
lyric,
wiki,
facts.
Przed egzaminem
Link :: kategoria:
nr-63 :: 14.04.2008, 11:52:36
- Jak sądzisz, jak będzie jutro?
- Może zdamy.
- Może?
- Oglądałeś "To nie jest kraj dla starych ludzi"?
- Nie.
- Tam padają ciekawe słowa. "Powinieneś zaakceptować swoją sytuację. Byłaby w tym jakaś godność".
- Nie ukrywam, że liczyłem jednak na jakieś słowa pocieszenia.
To nie w tej bajce.
Ghosts
Po śnie z psychopatką zaczęło mi się tak zdarzać. Budziłem się, ale nie mogłem ruszyć. Jakbym miał ciało z ołowiu. Po kilku razach pomyślałem, że coś nie tak jest. Pewnego dnia usłyszałem odgłos zamykanych drzwi. Ja nie mam takich drzwi w mieszkaniu...
Musicie wiedzieć, że w moim mieszkaniu zmarła kiedyś moja prababcia. Prawie jej nie pamiętam. Niemniej to jedyna osoba, która tu zmarła. Pradziadek, mąż jej, dokonał swego żywota w hospicjum. Potem mieszkali tu tylko różni studenci. Ten przede mną był bardzo zdolny - pomalował mieszkanie włącznie z sufitem i meblami w łazience na żółto. Poza tym syfiarz zostawił pety w cukierniczce. Ale wracając do tematu --
Jeżeli miałoby straszyć, to musiałby to być duch prababci. Od mamy dowiedziałem się, w którym miejscu była odeszła z tego świata. W miejscu, gdzie obecnie stoi kuchenka gazowa. Trochę poprzestawialiśmy meble potem. Nic specjalnego się w tym miejscu nie działo.
Zacząłem nocne obserwacje. Stwierdziłem, że słyszę... meble. Głównie krzesła. Taki odgłos, jaki wydaje krzesło, na którym się ktoś wierci. Co i rusz coś takiego. Po kilku nocach mnie to znudziło. Otwierałem oczy w najmniej spodziewanych momentach, ale nie zobaczyłem żadnego ducha. W końcu doszedłem do wniosku, że nocą słychać rzeczy zagłuszane przez hałas dnia. Szafka (niedaleko miejsca zgonu) nawet w dzień lubi sobie "strzelić" raz na jakiś czas.
Drętwienie ustąpiło. Niedawno natknąłem się na coś takiego:
Zwykle nie zdajemy sobie sprawy z jego istnienia. Jest to pewnego rodzaju klatka, nakładana przez mózg na ciało podczas snu. Powoduje on, że gdy w śnie np. biegniemy, nie wykonujemy ruchów w rzeczywistości. Gdy zasypiamy, nie zdajemy sobie sprawy z jego obecności - rozpoczyna się on, gdy mózg jest pewien, że straciliśmy świadomość. (...)
Paraliż senny jest najczęściej bardzo nieprzyjemny. Występuje uczucie duszenia się i czasami czyjejś obecności. Paraliż senny był źródłem wielu przesądów, nazywano go dusiołkiem, zmorą senną itp. Na szczęście występuje on bardzo rzadko, średnio u 0,041% ludzi doświadczających świadomych snów.
Paraliż senny nie obejmuje nerwów kontrolujących ruchy gałek ocznych, dlatego w czasie marzeń sennych takie ruchy występują. Jest to sposób na stwierdzenie, czy dana osoba śni. Fazę snu, w której występują ruchy gałek ocznych nazwano REM (Rapid Eye Movement). (
źródło)
W czasie paraliżu przysennego jedyną grupą mięśni na które można mieć świadomy wpływ są mięśnie oddechowe. Wykonywanie szybkich i gwałtownych zamierzonych wdechów i wydechów może ułatwić wybudzenie się, jednakże stan paraliżu trwa na ogół krótko i w ciągu kilku minut samoistnie przechodzi w całkowite wybudzenie lub sen. (
źródło)
Mulder vs. Scully - 0:1.
Spotkanie po latach
Don był w sklepie ogólnospożywczym. Zatrzymał się przy prasie. Otworzył program telewizyjny. Na okładce widział swoją ulubioną aktorkę. Zastanowiło go, jaki film z nią grają. Kiedy zamknął gazetę ujrzał kobietę. Miała na sobie bordową sukienkę. Patrzyła na niego.
- Jenny.
- Don.
Patrzył na nią w milczeniu.
- No co, nie masz mi więcej do powiedzenia?
- No, ale... a... Co słychać?
- Może wybierzemy się na kawę?
Don odłożył program telewizyjny na półkę.
Znaleźli kawiarnię w centrum handlowym. Rozmowa się nie kleiła.
- Co porabiasz?
- Mam firmę informatyczną. Myślę, że można mi pogratulować przedsiębiorczości.
- Że założyłeś firmę?
- Że tak ją założyłem, że nie muszę w niej nawet bywać. Istny samograj.
- No, to nieźle.
- A ty co robiłaś przez te lata?
- Trochę pracowałam jako fakturzystka. Potem księgowa. Ale to nudne.
- Mój znajomy mówi, że wszyscy księgowi to nudziarze.
- Nie pomylił się bardzo.
Na chwilę zapadło milczenie. Don obserwował Jenny. Była spięta. W końcu zebrała się w sobie.
- Mogę ci coś opowiedzieć?
- Pewnie.
- Jak wiesz, ciężko przeżyłam nasze rozstanie kiedyś.
- Wiem. Byłem zdziwiony, że się odezwałaś.
- Po tobie byłam z takim prawnikiem. Nudny, ale przewidywalny. Bezpieczny. Mimo wszystko nie wyszło. I wtedy... - Don wstrzymał oddech. - Uciekłam w świat fantazji.
- Fantazji?
- Tak, wyobraziłam sobie, że przez kilka tygodni mieliśmy romans. Nawet pamiętam mieszkanie, w którym żyliśmy. Ale nawet w mojej fantazji to nie wyszło. Zostawiłeś mnie po raz drugi. Próbowałam się zabić. Wylądowałam w psychiatryku. Już doszłam do siebie. Nawet mogę ci to opowiedzieć, ale było źle.
- Coś ci pokażę.
Weszli do pokoju. Don zapalił światło. Jenny w pierwszej chwili nic nie widziała. Obrazy docierały do niej powoli. Przebłyskami. A potem oczy przyzwyczaiły się. Spojrzała po mieszkaniu.
- O boże...
- Tak.
- Nie.
- Tak. Niestety.
- To znaczy, że...
- Tak.
- Nie wymyśliłam sobie tego.
- Tak.
Jenny upadła na kolana i siadła na podłodze.
- Tyle miesięcy terapii.
- Miałaś zdolnego lekarza.
- To miało być śmieszne!?
- Przepraszam.
- Po co mi to w ogóle pokazujesz?
- Nie wiem. Pomyślałem, że ja chciałbym znać prawdę. Najwyżej jeszcze raz wyprzesz to z pamięci.
Jenny wstała. Zamierzyła się na Dona. W ręce miała buta na wysokim obcasie.
- Myślisz, że mam jakiś przycisk do zapominania?
- Masz rację, to było bez sensu. Niepotrzebnie cię tu przyprowadziłem.
Jenny upuściła buta. Wsunęła w niego stopę.
- Może chociaż odpowiesz mi na jedno pytanie.
- Może.
- Przestałam je sobie zadawać. W końcu. Skoro to było wymyślone.
- Ale nie było.
- Dlaczego odszedłeś drugi raz?
- Nie myślałem o tym dużo. Po naszej ostatniej rozmowie obiecaliśmy nie kontaktować się więcej. Pewnie pozbyłaś się wszelkich śladów mojej obecności. Odszedłem drugi raz, ponieważ za bardzo się asekurowałaś, nie dopuszczając mnie do siebie. Nie potrafiłem się przebić przez to. Nie jestem maszyną.
- Więc to moja wina?
- Nie ma tu niczyjej winy. Może winą była próba ponownego zejścia się. Nie starczyło nas już do tego.
- Nienawidzę cię!
Jenny wyszła, trzaskając drzwiami. Don westchnął. Zdjął marynarkę. Usiadł w fotelu. Przetarł oczy. Był zmęczony.
Lyric County II: Mistrzowie wojny
Sue wjechał wózkiem na salę. Poprawił strój kelnera. Generałowie wszelakiej maści omawiali sytuację w jakimś kraju na Bliskim Wschodzie. Podjeżdżał kawałek. Brał z okrągłego stołu pusty dzbanek po wodzie. Odstawiał na wózek. Stawiał kolejny. Nie spieszył się. Po skończonej podmianie odwiózł wózek do kuchni. Wrócił i stanął w cieniu. Był niewidzialny. Nikt nie zwraca uwagi na kelnera.
Trucizna zaczęła działać. Wyciągnął z kieszeni spodni niewielkiego pilota. Wcisnął przycisk. Drzwi się pozasuwały. Sue wskoczył na stół i spojrzał po wojskowych. Siedzieli nieruchomo. Mogli tylko ruszać oczami. Trucizna nie powodowała wiotczenia mięśni. Skurcz.
- Mistrzowie wojny! Zrobiliście broń. Skonstruowaliście samoloty śmierci. Uzbroiliście bomby. Schowaliście się za ścianami. Za biurkami. Nie stworzyliście niczego. Kieruje wami jedynie chęć niszczenia. Igracie z moim światem. Jakby to była zabawka. - Sue wyciągnął pistolet zza paska. Pomachał nim w powietrzu. - Wsadziliście mi broń w dłoń. A potem uciekliście. Kiedy pociski zaczęły przecinać powietrze. Usiedliście i obserwujecie. A licznik śmierci rośnie. Wraz z wypływającą z ciał krwią. Zasialiście największy do wyobrażenia strach. Ludzie boją się rodzić dzieci. Nie jesteście warci krwi w waszych żyłach płynącej. Lecz pozwólcie, że spytam o coś. Pieniądze. Wasze pieniądze. Czy kupicie za nie przebaczenie? Za chwilę przekonacie się, że nie. A ja się przekonam, że naprawdę jesteście martwi.
Spojrzał po ludziach dookoła. Nie żyli.
- Piękne przedstawienie.
Sue obrócił się. Drzwi były odblokowane. W pomieszczeniu stali wojskowi.
- Nie jestem romantykiem.
- Oby. Takie akcje najlepiej robią ludzie bez emocji.
- Mam emocje.
- Nie widzę, żeby były tutaj przeszkodą. Każdy z nas ma rodzinę i swoje życie. Nie jesteśmy maszynami.
- A teraz zmiana warty.
- Tak.
- Jesteście tacy sami.
- Mógłbym powiedzieć, że zaprowadzimy porządek.
- Nie uwierzyłbym.
- Wiem. Toteż nie mówiłem. Proszę zejść ze stołu.
Sue zeskoczył ze stołu. Poczuł ukłucie w okolicach prawej łopatki. Stracił przytomność.
Otworzył oczy. Leżał w jakimś ciasnym miejscu. Drewnianym. Nawet mu nie obili suknem trumny. Wywnioskował z podskakiwania wozu, że wciąż są w drodze. Zaobserwował rytm uderzeń. Był dość regularny. W odpowiednich momentach uderzał w wieko. W końcu ustąpiło. Wyszedł z trumny. Przykrył ją z powrotem. Był w ciężarówce z plandeką.
Jechali jeszcze chwilę. W końcu samochód się zatrzymał. Do tyłu podeszło trzech młodych żołnierzy. Sue wiedział, że ma jedną szansę. Dwóch z żołnierzy weszło do środka. Sue wyskoczył na nich. Wyrwał jednemu pistolet z kabury. Strzelił drugiemu w głowę. A potem pierwszemu. Trzeciego wziął na muszkę. Wyskoczył z ciężarówki.
- Albo robię wam anonimowy grób, albo zeznasz, że zbiegłem.
Żołnierz się wahał chwilę. Sue uderzył go kolbą pistoletu w podstawę nosa.
Sue dopijał herbatę. Don pił cappuccino. Jego mina, jak zawsze, nic nie zdradzała. Chwilę wyglądał przez okno. Nie przeszkadzało mu, że jest ciemno. Kiedy jest jasno, za oknem po horyzont ciągnie się pustynia.
- Poddani księżyca muszą zejść za sceną.
- Chcieli się pozbyć dobrego narzędzia.
- Wiesz, jacy oni są.
- Inna twarz, ale słowa się nigdy nie zmieniają.
- Może ich też pomożesz obalić.
- Nie traktuję tego osobiście.
- Nie?
- Rozwodziłem się nad ich głupotą.
- Jest taki cytat o dzieciach rewolucji.
- Nigdy więcej politycznych zleceń, Don. A co tam u ciebie?
___________________________________
Inspiracja: Bob Dylan, "Masters of War":
lyric.
Katie Melua, Warszawa, 20 kwietnia
Link :: kategoria:
linki :: 22.04.2008, 19:28:43
Moja relacja. Miała być tutaj, ale nadarzyła się okazja opublikowania tego szerszemu gronu.
Blondynki
Jechałem tramwajem. Wagon sunął na odcinku między Lubicz a Dworcem Głównym. Pomyślałem o tym, że krzywdzące jest używanie określenia "typowa blondynka". Zwrot ten oznacza osobę o obniżonej inteligencji, braku stylu, nieporadności życiowej, z głupim partnerem życiowym, patologiczną rodziną i paroma innymi przypadłościami. To też trochę zależy od regionu, co oznacza.
Nie znam wielu blondynek. Zawsze wolałem towarzystwo ciemnowłosych dziewczyn. Ale napotkałem pośród nich na osoby pasujące do tego opisu. Dedukuję więc, iż są na tym świecie także blondynki nie spełniające ww. kryteriów. A co za tym idzie określenie "typowa" nie ma sensu. Mija się z prawdą. Jest kłamliwe.
No dobrze, powie ktoś, ale jakie proponuję rozwiązanie? Otóż proponuję używać określenia "stereotypowa blondynka". Myślę, że wszyscy na tym skorzystają.
Na powyższą notkę nie miał wpływu fakt, iż autor jest blondynem.
Lorem ipsum
Link :: kategoria:
obs :: 29.04.2008, 20:10:09
"Neque porro quisquam est qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit..."
("Nikt nie kocha bólu samego w sobie, nikt go nie poszukuje lub pożąda tylko dlatego, że jest bólem...")
Nie pamiętam, gdzie natknąłem się na ten tekst. Być może była to jakaś strona w budowie. To najbardziej prawdopodobna wersja. Pierwsze słowa to:
"Lorem ipsum...". Język wyglądał na łaciński. Wrzuciłem fragment w Google. Wtedy dopiero się zdziwiłem. Najpotężniejsza z wyszukiwarek wyrzuciła setki tysięcy stron, które nic nie łączyło ze sobą. Strony banków, blogi, strony domowe, strony firm budowlanych. Każdy znajdzie coś dla siebie. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie jakiś tajemny tekst. Zaklęcie ściągające internautów. Nie potrafiłem wymyślić, w jakim innym celu miano by go umieszczać na tylu stronach. Kiedy człowiek wkręca sobie film, rozsądek dochodzi do głosu ostatni.
W końcu udało mi się znaleźć
tę stronę. Można się z niej dowiedzieć, iż tekst jest tzw. standardowym wypełnieniem edytorskim. Stosuje się je od XV wieku. Fragment tekstu jest wzięty z Cycerona (ok. 45 r. p.n.e.), reszta to bełkot. Celem powstania "Lorem ipsum" był tekst, na którym można stwierdzić, jak wygląda jakiś layout. Uwaga, ludzie o słabych nerwach, na następne zdanie. Może w XV wieku stosowano inne nazewnictwo, ale już wtedy mieli layouty. Solidna benedyktyńska robota. Wyparta potem przez profesora Gutenberga. "Lorem ipsum" dzięki swej konstrukcji nie przyciąga treścią. A wygląda lepiej niż wypełnienie jednym znakiem tylko czy ciągiem przypadkowych zlepków literowych. W Internecie - i nie tylko (patrz obrazek) - można często napotkać na pozostawione przez nieuwagę "Lorem ipsum". Tekst przetrwał pięć wieków. Bez większych zmian. Istnieje podobno kilka humorystycznych wariacji.
Oto cały sekret tajemnego tekstu.
P.S. Na stronie powyżej jest generator "Lorem ipsum" dowolnej długości. Sam z niego korzystałem kilkakrotnie. Gdyby ktoś potrzebował tekstu z ogonkami, to polecam
tu.
Tufta
Link :: kategoria:
nr-63 :: 30.04.2008, 09:07:16
- No, to ciśnijcie, stachanowcy.
- Ja nie jestem stachanowcem. Jestem z działu zamówień.
- Wiesz, kim byli stachanowcy?
Konsternacja.
- Nie mam czasu, muszę pracować!
•