Betrayal
W piątek, 31. maja 2008 mój bufet mnie zdradził.

Kiedy wszedłem tego dnia na salę było tam inaczej. Moją uwagę zwróciły białe obrusy na stołach. Nie wyglądało to źle. Ale to nie lokal tej klasy. Na pewno było to podejrzane.
Pokazałem na obrusy.
- Ale można normalnie korzystać, prawda?
Na te słowa podeszła jakaś kobieta w białej bluzce.
- Ma pan bon żywonściowy?
- Że co?
W tym momencie włączyła się kobieta, która zawsze mi sprzedawała frytki.
- Konferencja jest. Do szesnastej.
Było trochę po piętnastej.
Ta białej bluzce wyprowadziła mnie z sali. Podstępnie. Nawet się nie obejrzałem, kiedy. Na korytarzu się jednak zreflektowałem. Wróciłem. Postanowiłem dać im szansę. Dwa lata kupowania frytek na każdym zjeździe. Nawet do 3 razy na zjazd. Czasem coś do picia. To pozwala wytworzyć pewne relacje firma-klient.
- To może chociaż na wynos?
Kobieta, która zawsze mi sprzedawała frytki, pokazała po sali.
- Nie ma, wszyscy sprzątają.
Spojrzałem na część obsługi, która stała za kontuarem i bezczynnie obserwowała sprzątanie.
Wyszedłem. Ostatecznie.

Postanowiłem ich ukarać. Miałem kilka pomysłów. Oddanie moczu na salę - może ściany - przy pełnym komplecie ludzi zostało zaklasyfikowane jako trudne. Podrzucanie kału w papierowej torebce wydawało mi się cokolwiek dziecinne. Zacząłem schodzić do łagodniejszych rozwiązań typu negatywna prasa, ulotki, stawanie w kolejce tylko po to, żeby sączyć jad, a niby rozmyślać się tuż przy kasie. Ale te rozwiązania nie były właściwe.
W końcu zrozumiałem, co mogę im zrobić. Mogę przestać tam chodzić. Nie kupić choćby pół złamanej frytki. Zgodnie z prawem marketingu, jeden odchodzący klient pociąga za sobą sześciu. (Dla kontekstu: jeden nowy przyciąga tylko trzech.)

Adios, bufecie. Zostawiam cię bez żalu.
Worsties
Do one thing everyday that scares you.
"Advice, like youth, probably just wasted on the young", Mary Schmich



W końcu musiało do tego dojść. Zalałem swojego laptopa herbatą.

It's only after you lost everything that you're free to do anything. Ostatnio przydarzają mi się rzeczy, których się najbardziej obawiam, że mi się przydarzą. Mój znajomy z autobusu robi zdjęcia. Włamuje się z dziewczyną do opuszczonych obiektów. Starych kamienic, zapomnianych fabryk (nie licząc ochroniarzy, oni pamiętają). Spytał mnie razu pewnego, czy nie mam jakiegoś pistoletu. Do zdjęć. Odparłem, że mam. Przyniosłem mu go. Ostatnio spytałem znajomego, czy go jeszcze potrzebuje. Uśmiechnął się w zakłopotaniu. Powiedział, że będzie z tym problem. Zostawił pistolet na wierzchu. Kiedy wrócił do domu, pistolet był w kawałkach.
- Odkupię go - dodał.
- To byłoby trudne - odparłem.
Widzicie, to pistolet, który jeszcze mój ojciec miał, kiedy był chłopakiem. Trochę mnie ten fakt zasmucił. Lubiłem ten pistolet. Nie działał w nim spust. Po wciśnięciu zostawał. Trzeba go było wyciągnąć. Po tej operacji można było strzelać dalej. Najbardziej bałem się, pożyczając go, że nie wróci do mnie w jednym kawałku. Przepadł bezpowrotnie. To tylko przedmiot. Ale szkoda.
Najciekawsze dla mnie w tym wszystkim jest to, że słuchałem tego ze stoickim spokojem. Ale może tak właśnie jest, kiedy słucha się o najgorszej rzeczy, jaką można sobie wyobrazić. No, najgorszej w związku z tym przedmiotem. Jestem w stanie wymyśleć kilka gorszych rzeczy w ogóle.
Koniec końców mam dostać inny. Lubię się bawić pistoletem. Jak to chłopiec. Wiek nie ma tu nic do rzeczy.

Podobnie było z laptopem. Kupiłem go w lipcu. Mniejsza o kwotę. Powiedzmy, że niemało. Szczególnie, jak na mnie. A ostatnio staniało to wszystko jeszcze. Jak na złość. Oj, Tony, żartownisiu. A może to raczej niewidzialna ręka rynku. Za półtora tysiąca można teraz przyzwoity sprzęt dorwać. Mój ojciec zwykł mawiać, iż komputer w momencie zakupu już jest przestarzały. Ja będę chyba dodawał, że poza tym przepłacony. Jeszcze nad tym pomyślę.
Od początku chuchałem na niego. Nie zalać, nie upuścić, nie porysować. Już się powycierały niektóre klawisze od pisania i obudowa od trzymania nań dłoni. Trudno. A teraz ta herbata. Chlusnęła.
Znowu byłem spokojny. Panicznie bałem się tej chwili. Ale kiedy nadeszła, nie straciłem głowy. Pamiętam z instrukcji, co trzeba zrobić z zalanym czymkolwiek w jakikolwiek sposób laptopem. Otóż trzeba go wyłączyć. Natychmiast. Niech wyschnie. Dobrym objawem jest, jeśli z komputera się nie dymi. Nie dymiło się.
(W innym miejscu instrukcji napisano, żebym nie używał laptopa w wannie i jej pobliżu. Jak widać amerykanizacja wdziera się nie tylko do naszej diety i kalendarza świąt.)
Tak uczyniłem. Odwróciłem go do góry nogami, żeby nie wciekało bardziej. Podejrzewam, że oni robią je - szczególnie te droższe - dość idiotoodporne. Po jakiejś godzinie odwróciłem laptopa normalnie i włączyłem. Działał. Działa do dziś.
Niemniej zaraz po włączeniu stwierdziłem, że klawisze z zalanej części wciskają się inaczej. Z lekkim oporem. Do końca. Piszą normalnie. Ale to dość irytujące. Tożsamo z przyciskami touchpada. Wszystko przez cukier. Nie uznaję niesłodkiej herbaty. Nie uznaję nawet małosłodkiej. Co jednak dobre dla mnie, niekoniecznie dobre dla mojego komputera. Wziąłem spinkę do włosów i zacząłem dłubać przy wyżej wzmiankowanych klawiszach. Dało to efekt tylko w przypadku touchpada. Którego i tak nie używam. Mój laptop ma jeden z gorszych touchpadów. Jeszcze w lipcu kupiłem mysz. De facto jeszcze przed zakupem samego komputera. W pracy dopiero nauczyłem się korzystać z touchpada. Oraz linuksa. Ale to inna bajka.
Nie lubię się irytować. Ostatnimi czasy więcej piszę na firmowym laptopie, z którym z racji wagi przemieszczam się po mieście, ale kiedy czasem zasiądę do pierwszego - przez Bluetooth przedstawia się jako Fellow Traveler - to nie chcę się irytować. Zapłaciłem za komfort, to chcę go mieć. Ma dobrze zawieszoną klawiaturę. Szkoda to psuć cukrem.

Zadzwoniłem do serwisu. Autoryzowanego.
- Dzień dobry. Zalałem sobie laptopa cukrem.
- Ajj...
- Nie, nic się nie stało. Tylko klawisze ciężko wchodzą. To pewnie nie jest usługa serwisowa, ale zastanawiam się, czy nie przeczyścilibyście mi klawiatury. - Mógłbym ja sam, ale nie podważałem nigdy klawiszy w zwykłej klawiaturze, a co dopiero w laptopie, gdzie jest ona newralgiczną częscią.
- Wie pan, nie sądzę, żebyśmy czyścili klawiatury. Ale możemy nową wstawić.
- I za ile?
- To będzie 150 zł za klawiaturę.
- Sto pięćdziesiąt?
- I 160 zł za robotę, czyli tak ponad 300 zł. - Co prawda policzyłem sam, ale nie chciałem mu psuć frajdy. - Oczywiście najpierw to wycenimy.
Oczywiście.
- Dziękuję.

No tak, kupił sobie laptop Toshiby, to trzeba go doić dalej. W sumie, nie ma w tym nic zaskakującego. Aczkolwiek indolencja ludzi po drugiej stronie słuchawki coraz częściej skłania mnie do zaprzestania komunikacji z ludźmi tą drogą.

Poszedłem do działu IT u nas w budynku z pytaniem o podważanie klawiszy. Dowiedziałem się, że w sumie bez problemu. Ostatecznie, pomyślałem - i tak najbardziej ryzykuję tym, że będę musiał kupić nową. Ale okazało się, że wymyślono specjalne preparaty do czyszczenia klawiatur. Taka pianka. Na kilka minut spryskać. Potem wydmuchać sprężonym powietrzem. To już druga puszka. Pożyczyłem preparaty i wróciłem do domu.
Podczas całej tej operacji spiąłem się po raz kolejny. Napsikałem z bliska i stwierdziłem, że ta pianka jest mokra jak skurwysyn. Czyli że znowu zalałem sobie komputer. Po raz drugi w przeciągu tygodnia. O bogowie. Złapałem sprężone powietrze i dmucham. Okazuje się, że na koniec posyła taki mokry drzyzg. Super. Odczekałem chwilę. W międzyczasie pozwoliłem sobie przeczytać instrukcję na puszcze. Piankę rozpylać z odległośi 15-20 cm. Super. Drżącą ręką wcisnąłem włącznik. Działa. I nie dymi! A klawisze chodzą jak złoto.

Za darmo. W piętnaście minut. A ludzie z autoryzowanego serwisu chcieli mi całą klawiaturę wymieniać. Coraz mniej mam zaufania do tzw. specjalistów.
Jak chcesz, żeby coś było zrobione dobrze, to musisz to zrobić sam. (Na szczęście laptopa zalałem trochę byle jak.)
Z rozmyślań przy sprzątaniu
Naszła mnie ostatnio myśl, jakże piękniejszym byłby świat, gdyby się nie kurzyło. Jakaż oszczędność czasu, energii. Wszystkiego.
You get what you prepare for
Eine strenge Rechnung erhalte die gute Freundschaft.
niemieckie powiedzenie


Pierwsza rzecz, jaką mi oznajmiła, kiedy znajomość się kończyła, to: "Jesteśmy kwita". Jakby o to chodziło. Jakby miała już wszystko policzone.
W tamtym momencie nie miało to dla mnie żadnego znaczenia.

Zwykła przytaczać motto tej notki. Po babci. Dość często. Trochę mnie to irytowało. Mimo wszystko nie protestowałem. Zdaje się, że bardziej komfortowo czuła się w takim właśnie układzie. Nie chciałem tego zakłócać.
Po fakcie stwierdzam, że jednak mi to przeszkadzało. Szczególnie, kiedy chodziło o wciskanie mi w rękę kwot rzędu 2 zł. Trzeba znać umiar. Poniżej pewnego progu to jest wręcz śmieszne. Kiedy patrzę wstecz, dochodzę do wniosku, że to jeden z elementów, który zniechęcił mnie do dalszej znajomości. Jakby zawsze chciała być gotowa do rozpłynięcia się bez zobowiązań. Nie był to powód główny. Nie rozstrzygający. Dorzucił swoje trzy grosze tylko. Był jednak jak bas w piosence rockowej. Nadawał swoisty rytm.

Pieniądze rzecz nabyta. Przychodzą. Odchodzą. Przepływają. Powinny być w ciągłym ruchu. Zdarza mi się korzystać z czyjegoś gestu. Sam czasem funduję coś różnym ludziom. Nie zawsze ich znam. Choć na ogół tak.
Przez chwilę myślałem, że to dobra polityka. Rozliczać się co do grosza.

Tylko, że to detal jest.
The end of necessity
Znałem się z nimi dwa lata. Na koniec powiedziałem każdemu z nich tylko: "Cześć, miło się studiowało".
STRONA GŁÓWNA, blog klasyczny(11), czterocyfr(4), fragmenty(3), Ginger-B(3), linki(1), nr-63(3), obs(4), opowiadania(4).

2008: 10 09 08 07 06 05 04

AleksandradeKojotDoomgirlereminvalidMarmeynożownikRukistrachYuu

Od wydawcyKsięgaZałóż ownloga

Obowiązuje licencja Creative Commons.