Edynburg za 10 funtów dziennie
Arthur's Seat w Holyrood Park z miejscówki na jedną noc stał się naszym stałym miejscem. Plan dnia z reguły wyglądał tak samo.

I

Pobudka o dziewiątej. Szybkie śniadanie. Kromka chleba tostowego z czymś, najlepiej masłem orzechowym. Najbardziej zapycha. Łyk tesco coli. Siku w krzakach. Koleżanka po kilku dniach usypała pokaźny kopiec chusteczek higienicznych.
Późniejsze wstawanie mogłoby być zbyt ryzykownie. Jak pokazał ostatni dzień - było. Pamiętam - zwijaliśmy namiot, kiedy pojawiła się straż parkowa. Zacząłem snuć wizje aresztu, mandatu i tym podobnych rzeczy, o jakich marzy się ostatniego dnia na obczyźnie. Pomyślałem w tym momencie, że ten Murzyn na nas doniósł. Jeden z tych od porannego joggingu. Spaliśmy w rowie, a oni biegali na górze. Naturalna dychotomia.
- You can't camp here - oznajmiła kobieta w firmowych szortach.
- We're moving.
- Ok.
I Poszli.
Życzyłbym sobie tak wyjaśniać wszelkie niejasności z przedstawicielami władzy. Po pięciu dniach spania na dziko! W parku w środku miasta.
Przez wcześniejsze dni (cztery? pięć?) było lepiej. Zwijaliśmy się odpowiednio wcześnie. Pakowaliśmy namioty i cały dobytek, a następnie z takim balastem udawaliśmy się do autobusu na Nicholson St. Tutaj przepadały dwa funty trzydzieści na głowę. Na szczęście bilety były całodzienne. Ostatniego dnia przeszliśmy na piechotę Pleasence i Jeffrey St., docierając do South Bridge, co zajęło raptem pół godziny. Tamtego dnia nie potrzebowaliśmy już biletów. Miła była świadomość, że byłem już tak zaprawiony, że 25 kg, jakie miałem na sobie, nie wpływało na moje tempo.
Na dworcu autobusowym chowaliśmy większość bagaży do schowków. Na moich plecach zostawał tylko plecak z niezbędnymi rzeczami. W ten sposób żegnaliśmy się z kolejnymi 4 funtami. Zyskiwaliśmy mobilność. Bezcenne.

II

Z dworca wyskakiwaliśmy do St. James Centre. Mówi się, że umiejscowienie obiektu jest porażką planistów miejskich. Ja nie narzekałem. Co prawda w sklepach nie było nic specjalnie interesującego, ale na pięterku była kawiarnia. Pewnym krokiem przechodziłem przez cały lokal i znikałem w toalecie. Pamiętam, że w kabinie mieli fajny bajer. Psikało się substancją na papier toaletowy i przecierało deskę klozetową. W końcu nie wiadomo, czyje zadki zasiadały na tronie przede nami. Mieli też genialną wentylację, nic nie było czuć. Papier był dzielony na takie elementy do urywania. Jak w Polsce, rzec by można. Ale tam każdy kawałek był trzy razy większy niż u nas. Różni ludzie, różne tyłki, różne zapotrzebowania na papier.
Były tam też dziwne umywalki. Nie przy ścianie, tylko na takich cokołach. No cóż. Tam myłem włosy przy użyciu mydła w płynie. Raz jakiś dziadek patrzył na mnie wzrokiem pełnym niezrozumienia. Chyba zacząłem coś gwizdać pod nosem. Niestety, śpiąc pod namiotem w środku miasta, ciężko dbać o higienę przed snem. Ale do tego dojdziemy.

III

Potem była najbardziej ruchoma pora dnia. Na ogół snuliśmy się po mieście, mając bilety. W Edynburgu jeżdżą piętrowe autobusy. Miasto nie jest wysokie. Jak się zaklepie miejsce u góry z przodu, to poezja. Z tej pozycji widać wszystko, co bardziej interesujące. Z mapą można w ciągu pół dnia pozaznaczać, co się chce obejrzeć.
Raz pojechaliśmy do Granton Beach. Jedno z moich ulubionych miejsc. Nie wiem, dlaczego - to jest takie kamienne molo wpuszczone w morze. Zatokę, chciałem powiedzieć. Prawie w ogóle nie ma tam turystów. I może o to poszło. Spotkaliśmy tylko innych Polaków, z którymi zaczęliśmy dogadywać się po angielsku, żeby zrobić im zdjęcie. Innym razem, pod wieczór pojechaliśmy do Portobello Beach. Piaszczysta plaża, ukierunkowanie na turystów. Dla każdego coś się znajdzie. Plus to to, że z nie widać drugiego brzegu, bo wychodzi faktycznie na morze.
Trochę poniewczasie zorientowaliśmy się, iż muzea są za darmo. Trafiliśmy tylko na jakichś impresjonistów. Nadawałem obrazom trafniejsze od oryginalnych tytuły, po polsku. Czyniłem to bardzo swobodnie do momentu, kiedy natknęliśmy się na obraz mężczyzny wyraźnie niezainteresowanego swoją pracą.
- A ten to "Pierdolę, nie robię" - powiedziałem.
W tym momencie usłyszałem ryk śmiechu. Kobieta za mną nie wytrzymała. No cóż, nasi są wszędzie. Nawet w muzeum.
Widzieliśmy statek królowej brytyjskiej. Z daleka, bo przekroczylibyśmy budżet 10 funtów. Z braku ambitniejszych obiektów robiłem przegląd toalet publicznych. W terminalu morskim mieli nawet fajną. A la stary, drewniany statek. Szum wody. Słony zapach. Trochę nieswojo się przez to czułem.
Stałym punktem było Tesco. Tutaj dobijaliśmy do 10 funtów. Nie było sensu kupować wody na zapas. Na bieżąco kontrolowaliśmy stan sera, szynki, dżemu i masła orzechowego. Wszystko oczywiście w kategorii Tesco Value. I to jest ciekawe - bo w Polsce to są produkty, na które lepiej nie patrzeć z obawy, że można sobie wzrok popsuć, tymczasem tam jest to pełnoprawny produkt. I chwała Tony'emu.
Jednym z moich idee fixe podczas pobytu w Szkocji było: napić się coca-coli. Nie pepsi, a coli właśnie. Niestety, a może stety, potrafiłem się powstrzymać przed wydaniem 1,5 funta na rzecz tesco coli za 21 pensów. Smakowała podobnie. Ostatecznie polecieliśmy tam w innym celu niż picie coli. Wytrwałem. De facto nie przywiozłem żadnej fizycznej pamiątki z tamtej podróży.
W Tesco też należało się umyć. Nie ma gdzie? Jest. Trzeba się zamknąć w ubikacji dla niepełnosprawnych - tylko ona ma zamek - i w tej malutkiej umywaleczce się szybko umyć, żeby nie ściągać na siebie uwagi ochrony. Pamiętam, jak usłyszałem o tym pierwszy raz. Kolega, który był tydzień dłużej, opowiadał to na luzie. Pomyślałem wtedy - nigdy w życiu. W dwa tygodnie później - po dwóch dniach niemycia się i względnie ciepłej pogody - uczyniłem to z wielką ulgą.
O praniu można było zapomnieć, ale na szczęście mieliśmy mały zapas czystych rzeczy z czasów, kiedy spaliśmy na polu namiotowym i mieliśmy dostęp do pralni. Takich rzeczy się nie docenia, kiedy są.

IV

Potem był taki moment dnia, kiedy warto się było już udać do centrum. Posiedzieć w parku u podnóża zamku albo coś w ten deseń. Ostatnio czytałem "Zaułek łgarza" i momentami mi przychodziły mi do głowy różne fragmenty z pobytu w Edynburgu. Ciężko mówić o bezdomności przez 6 dni, ale nie zmienia to faktu, że dachu nad głową nie mieliśmy.
O tej porze dochodziło do zbiórki. Na dworcu. Odbieraliśmy swoje rzeczy i autobusem wracaliśmy do Holyrood Park. Raz przyczepił się do nas jakiś redaktor polskiej gazety z wodogłowiem. Był pijany i wypytywał, gdzie śpimy. Po ponad dwóch tygodniach ćwiczeń rozłożenie namiotu bez światła nie jest sztuką.
I tak do następnego dnia. Dobrze, że przez cały czas nie padało.

A, coli napiłem się ostatniego dnia dzięki uprzejmości pewnej kobiety z Singapuru.
STRONA GŁÓWNA, blog klasyczny(11), czterocyfr(4), fragmenty(3), Ginger-B(3), linki(1), nr-63(3), obs(4), opowiadania(4).

2008: 10 09 08 07 06 05 04

AleksandradeKojotDoomgirlereminvalidMarmeynożownikRukistrachYuu

Od wydawcyKsięgaZałóż ownloga

Obowiązuje licencja Creative Commons.