nocountry
encja
20.04.2008 :: 03:45
Zawsze byłam zdania, że atakiem agresora skutecznie i trwale nie powstrzymasz, bo czynione zło obraca się przeciwko tobie - czy ująwszy innymi słowy odrasta, jak głowa Hydry - ale to jak najbardziej naturalny odruch, więc ulegam mu i tak, bez względu na wszystko. Najczęściej.

Guerre, guerre, guerre.



[wróć]


Komentowana notka:
Sue wjechał wózkiem na salę. Poprawił strój kelnera. Generałowie wszelakiej maści omawiali sytuację w jakimś kraju na Bliskim Wschodzie. Podjeżdżał kawałek. Brał z okrągłego stołu pusty dzbanek po wodzie. Odstawiał na wózek. Stawiał kolejny. Nie spieszył się. Po skończonej podmianie odwiózł wózek do kuchni. Wrócił i stanął w cieniu. Był niewidzialny. Nikt nie zwraca uwagi na kelnera.
Trucizna zaczęła działać. Wyciągnął z kieszeni spodni niewielkiego pilota. Wcisnął przycisk. Drzwi się pozasuwały. Sue wskoczył na stół i spojrzał po wojskowych. Siedzieli nieruchomo. Mogli tylko ruszać oczami. Trucizna nie powodowała wiotczenia mięśni. Skurcz.
- Mistrzowie wojny! Zrobiliście broń. Skonstruowaliście samoloty śmierci. Uzbroiliście bomby. Schowaliście się za ścianami. Za biurkami. Nie stworzyliście niczego. Kieruje wami jedynie chęć niszczenia. Igracie z moim światem. Jakby to była zabawka. - Sue wyciągnął pistolet zza paska. Pomachał nim w powietrzu. - Wsadziliście mi broń w dłoń. A potem uciekliście. Kiedy pociski zaczęły przecinać powietrze. Usiedliście i obserwujecie. A licznik śmierci rośnie. Wraz z wypływającą z ciał krwią. Zasialiście największy do wyobrażenia strach. Ludzie boją się rodzić dzieci. Nie jesteście warci krwi w waszych żyłach płynącej. Lecz pozwólcie, że spytam o coś. Pieniądze. Wasze pieniądze. Czy kupicie za nie przebaczenie? Za chwilę przekonacie się, że nie. A ja się przekonam, że naprawdę jesteście martwi.
Spojrzał po ludziach dookoła. Nie żyli.
- Piękne przedstawienie.
Sue obrócił się. Drzwi były odblokowane. W pomieszczeniu stali wojskowi.
- Nie jestem romantykiem.
- Oby. Takie akcje najlepiej robią ludzie bez emocji.
- Mam emocje.
- Nie widzę, żeby były tutaj przeszkodą. Każdy z nas ma rodzinę i swoje życie. Nie jesteśmy maszynami.
- A teraz zmiana warty.
- Tak.
- Jesteście tacy sami.
- Mógłbym powiedzieć, że zaprowadzimy porządek.
- Nie uwierzyłbym.
- Wiem. Toteż nie mówiłem. Proszę zejść ze stołu.
Sue zeskoczył ze stołu. Poczuł ukłucie w okolicach prawej łopatki. Stracił przytomność.


Otworzył oczy. Leżał w jakimś ciasnym miejscu. Drewnianym. Nawet mu nie obili suknem trumny. Wywnioskował z podskakiwania wozu, że wciąż są w drodze. Zaobserwował rytm uderzeń. Był dość regularny. W odpowiednich momentach uderzał w wieko. W końcu ustąpiło. Wyszedł z trumny. Przykrył ją z powrotem. Był w ciężarówce z plandeką.
Jechali jeszcze chwilę. W końcu samochód się zatrzymał. Do tyłu podeszło trzech młodych żołnierzy. Sue wiedział, że ma jedną szansę. Dwóch z żołnierzy weszło do środka. Sue wyskoczył na nich. Wyrwał jednemu pistolet z kabury. Strzelił drugiemu w głowę. A potem pierwszemu. Trzeciego wziął na muszkę. Wyskoczył z ciężarówki.
- Albo robię wam anonimowy grób, albo zeznasz, że zbiegłem.
Żołnierz się wahał chwilę. Sue uderzył go kolbą pistoletu w podstawę nosa.


Sue dopijał herbatę. Don pił cappuccino. Jego mina, jak zawsze, nic nie zdradzała. Chwilę wyglądał przez okno. Nie przeszkadzało mu, że jest ciemno. Kiedy jest jasno, za oknem po horyzont ciągnie się pustynia.
- Poddani księżyca muszą zejść za sceną.
- Chcieli się pozbyć dobrego narzędzia.
- Wiesz, jacy oni są.
- Inna twarz, ale słowa się nigdy nie zmieniają.
- Może ich też pomożesz obalić.
- Nie traktuję tego osobiście.
- Nie?
- Rozwodziłem się nad ich głupotą.
- Jest taki cytat o dzieciach rewolucji.
- Nigdy więcej politycznych zleceń, Don. A co tam u ciebie?

___________________________________
Inspiracja: Bob Dylan, "Masters of War": lyric.