Sue zrywał jabłka z drzewa. Wolałby gruszki, ale nie narzekał. Brał, co się nadarzyło. Nie miał kurtki, więc nie mógł nabrać więcej na drogę. Jadł trzecie z rzędu jabłko, kiedy usłyszał odgłos silnika samochodowego. Zrzucił z głowy kapelusz kowbojski, żeby łatwiej mu się było schować za drzewem. Ujrzał wiśniowoczerwony samochód klasy biznes. Bardziej jak żony biznesmena niż jego samego. Pojazd wjechał delikatnie na miękką, poranną trawę. Kierowca zgasił silnik i chwilę stał. Ze środka nie było słychać muzyki. Po chwili z samochodu wysiadła młoda kobieta. Ubrana była w elegancki kostium. Jej twarz jednak zdradzała duże styranie psychiczne. Otworzyła bagażnik i wyjęła gumowego węża. Naciągnęła jeden koniec na rurę wydechową. Sue przylgnął bardziej do drzewa, chociaż kobieta tak była zajęta, że nawet niespecjalnie się rozglądała. Możliwe, że zrobiła to, siedząc w samochodzie. Tymczasem rozwinęła węża i z drugą końcówką podeszła do drzwi. Zirytowała się faktem, że elektryczne otwieranie okna nie działa przy zgaszonym silniku. Rzuciła węża i siadła za kierownicą. Wyjęła z torebki kluczyki - po co je w ogóle chowała? - i uruchomiła zapłon.
W tym momencie do akcji postanowił wkroczyć Sue. Trawa w sadzie była na szczęście miękka, więc wytłumiła odgłos, jaki wydałyby obcasy jego kowbojek. Wielki problem podczas skradania się. Kobieta schylała się po końcówkę węża, kiedy ujrzała czubek buta stojącego na wężu. Podniosła wystraszony wzrok.
- Kim pan jest? - spytała.
Sue podniósł węża i obszedł samochód dookoła. Będąc z tyłu oswobodził rurę wydechową. Wsiadł od strony pasażera.
- Nazywam się Sue. Jak się masz?
- Sue? To chyba żeńskie imię.
- Mój ojciec miał nietuzinkowe poczucie humoru. Już sobie to wyjaśniliśmy. Bardziej martwię się o panią.
- Proszę mi nie przeszkadzać.
- Nie pozwolę pani zrobić tego, co pani planuje. Życie jest czasem twarde, ale to nie powód, żeby się zabijać. Coś o tym wiem.
- Czyżby?
- Tu, na południu, i to na prowincji dodatkowo, chłopiec imieniem Sue nie ma lekko. Proszę mi opowiedzieć, co się stało?
Kobieta milczała chwilę. Sue obniżył oparcie fotela i położył się.
- Skoro chce się pani zabić, to co pani szkodzi, pani...?
- Isobel, nazywam się Isobel.
Przyjrzał się jej. Miała na sobą grubą warstwę fluidu, pod którą dojrzał znikającego już siniaka.
- On nie jest tego wart.
Isobel była zaskoczona.
- Słucham?
- Ten, który cię krzywdzi.
- Nie wiem, o czym...
- Makijaż jest dobry z daleka.
Isobel spuściła wzrok.
Sue sięgnął do buta i wyciągnął rewolwer. Oczy Isobel błysnęły z przerażenia.
- Mogę go odwiedzić. - Schował broń. - Ale lepiej będzie po prostu podziękować mu za dalszy związek.
- Zabije mnie.
- Nie zrobi tego.
- Nie?
- Ja mu na to nie pozwolę. Zostaw ten samochód, Isobel, i chodź ze mną. Potrafię znikać. Potrafię zniknąć i ciebie.
- Sama nie wiem. A co jak jesteś jakimś psychopatą?
- Po pierwsze, jestem psychopatą. Po drugie, i tak chcesz się zabić, więc co ci szkodzi? Popatrz. Czytałem kiedyś, że samobójca najczęściej chce zrobić na złość żyjącym. Żywa, ale niedostępna też będziesz go wkurzać. Możemy mu nawet pocztówkę wysłać.
- Jest bogaty. Wynajmie najlepszych detektywów, żeby mnie znaleźli.
- Zajmę się nimi. Jeżeli trzeba będzie, naprawdę go odwiedzę. A wtedy odechce mu się szukania cię.
- Dlaczego to robisz?
- Nie wiem. Masz jedno życie i chcesz je tak łatwo oddać?
- Wszystko mi jedno.
Sue wysiadł z samochodu. Podszedł od strony kierowcy i wyciągnął Isobel za rękę.
- Zatem nie będziesz protestować, jak zostawimy ten samochód tutaj. Niech drań się domyśla, co mogło tutaj zajść.
Sue podniósł kapelusz z ziemi i ruszyli do wyjścia po drugiej stronie sadu. Tam czekał jego samochód.
- Gdzie jedziemy?
- Do Lyric County.
___________________________________
Inspiracja: Dido, "Isobel":
lyric.