
Był długi weekend majowy. Johnny powiedział:
- Przejedźmy się.
Wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy. Do Wisły.
Po drodze Johnny powiedział:
- Sklepy są zamknięte. Ale mamy blisko do Czech.
W mojej głowie zapaliła się lampka. Powiedziałem tylko:
- Absynt.
Pół godziny później przejechaliśmy przez dawny punkt graniczny. Pierwszym sklepem w Czechach jest monopolowy. To zrozumiałe przy tej lokalizacji. Po trochę korzystnym dla siebie kursie Czesi sprzedali nam dwie butelki absyntu. Zielonego jak Ludwik.
Po powrocie kupiliśmy jeszcze cukier w kostkach i sok jabłkowy. Znaleźliśmy stronę w Internecie, gdzie przeczytaliśmy, jaki jest rytuał. Takiego tam właśnie słowa użyli. Rytuał. Obejrzeliśmy ponadto teledysk do
"The Perfect Drug". Nauki nigdy za mało.
Absynt, dzięki dodatku anyżku, nie ciągnie wódą. Pomimo 70% alkoholu zawartego w sobie pachnie jak syrop na kaszel. Szczerze mówiąc, nie opanowaliśmy biegłości w przypalaniu cukru na karmel itd. Za pierwszym drinkiem o mało nie spaliliśmy stolika. Potem było lepiej - udało się utrzymać tendencję do niepodpalania mebli. Cukier ćwierkał na łyżeczce (zwykłej) i podpalał trunek przy mieszaniu, ale nie topił się. Przynajmniej nie od razu. Grunt, że dało się pić.
Johnny miał opóźnione widzenie światła, Joan kłopoty z mówieniem, a ja nie odczułem jakichś specjalnych wrażeń. Poza jednym - pomimo 70% alkohol wchodził nam powoli, niespiesznie. Długo zachowywaliśmy się, jakby nigdy. Dopiero potem zamiast bluesa włączyliśmy The Knife. Uaktywniło się moje ADHD. Zacząłem tańczyć na kanapie. A potem zrobiło mi się niedobrze. Ostatni raz tak się strułem z kolegą w lutym. Od tamtej pory nie mogę patrzeć na whisky. Wcześniej też nie mogłem, w sumie. Zobaczymy, jak będzie z zielonym diabłem.
Toteż jedynym obrazem, jaki namalowałem w tym stanie, był ten na ściance muszli. Nie przetrwał długo. Muszę jednak przyznać, że mam lepsze rzeczy na koncie. Wcześniej odstawiłem Joan do pokoju. Johnny zmył się z całym komputerem. Zostawił chipsy. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że nie mam nic w żołądku i źle mi od alkoholu zawartego we krwi. Poszedłem spać.
Rano okazało się, że dalej mną chwieje. Skurczybyk długo trzymał. Polubiłem instytucję ściany. To musi być przerąbane - upić się na pustyni.
Wnioski końcowe. Nie ma halucynacji. Nie liczyłem na nie, ponieważ współczesny absynt jest pozbawiony alfotujonów, które je powodowały. Były również sprawcą psychozy, dlatego się oczyszcza zielonego diabła z ich śladów.
Dalej. Była to jednak zupełnie inna jakość upijania się. Z racji na wolnowchodzenie i anyżek. No i dłużej trzymało.
Zawsze powtarzam, że jak się upijać, to najlepszymi trunkami.
Druga butelka czeka, aż będę w stanie nań spojrzeć. A sok jabłkowy okazał się nieprzydatny.